04/07/2025
Faktem jest, że Kevin Bacon wielokrotnie przyznawał w wywiadach, iż „Żywe srebro” to najgorszy film, w jakim wystąpił. Faktem jest również, że obraz okazał się gigantyczną klapą finansową i, jakby tego było mało, został zmiażdżony przez krytykę. Wszystko to prawda, ale… ja po prostu lubię ten film. I już.
W zasadzie nic nie zapowiadało tej porażki. Był rok 1984. „Footloose” odniósł ogromny sukces, a Kevin Bacon z dnia na dzień stał się gwiazdą. Nie powinno więc dziwić, że producent Daniel Melnick postanowił pójść za ciosem i zrealizować kolejny film z Baconem. Jego wybór padł na scenariusz Thomasa Michaela Donnelly’ego zatytułowany „Quicksilver”. Donnelly miał już na koncie scenariusz do „Wyzwania” Johna Flynna i marzył o tym, by samodzielnie stanąć za kamerą. Pomysł na nowy tekst zrodził się z rozmów, które przeprowadził z kurierami rowerowymi.
Na początku lat 80. w mediach zaczęły się pojawiać teksty analizujące środowisko kurierów jako nową miejską subkulturę. Pisano, że kurierzy stoją w opozycji do „wyścigu szczurów”, że ich praca daje wolność, jakiej nie dają garnitury i biurowe krzesła. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy wiemy już, że te romantyczne wizje okazały się iluzją — mit wolnościowy kuriera skutecznie zabiły korporacyjne modele pracy, które narzuciły kurierom sztywne godziny i wynagrodzenie na granicy opłacalności. Ale kiedy powstawało „Żywe srebro”, kurier rowerowy był jeszcze postrzegany jako anarchista na dwóch kółkach — ktoś, kto rzuca wyzwanie systemowi i na własnych zasadach próbuje funkcjonować poza nim. Z takimi właśnie ludźmi spotykał się Bacon, na ich opowieściach opierał swoją rolę. To oni przez cztery miesiące uczyli go jazdy bez użycia hamulców.
Wszystko po to, by mógł stworzyć wiarygodną postać Jacka Caseya — młodego maklera, który w wyniku błędnej decyzji giełdowej traci wszystko. Spłukany i upokorzony, postanawia zatrudnić się jako kurier. W nowym środowisku rewiduje swój stosunek do życia. Szybko jednak przekonuje się, że zawód ten ma też ciemną stronę. Wokół branży kręcą się bowiem szemrani gracze, wykorzystujący kurierów jako przykrywkę dla nielegalnych interesów.
Fabuła „Żywego srebra” jest więc dość prosta. Upadły makler odnajduje sens życia w pracy na rowerze i walce z gangsterami. To właśnie ten kryminalny wątek najmniej spodobał się widzom i krytykom. Powód? Bardzo prosty: mimo że oparto go na prawdziwych historiach (rzeczywiście zdarzało się, że kurierzy przewozili narkotyki), został potraktowany po macoszemu i zaburzył przejrzystą strukturę opowieści o przemianie upadłego człowieka.
Gdy film trafił do kin, został kompletnie zignorowany przez widownię i zmiażdżony przez recenzentów. Status młodej gwiazdy Bacona nie pomógł. Nikt nie chciał oglądać, jak bohater pędzi rowerem przez anonimowe miasto — celowo wykreowane jako „każda metropolia” poprzez połączenie ujęć z Nowego Jorku, San Francisco i Los Angeles. „Żywe srebro” nie odrobiło dziesięciomilionowego budżetu i błyskawicznie zniknęło z kin.
Jak wspomniałem — Bacon do dziś uważa ten film za największy błąd w swojej karierze. Krytycy nadal go nie znoszą. A ja? A ja mam do „Żywego srebra” ogromną słabość. Lubię jego uroczą naiwność i gatunkową niespójność. To oczywiście nie jest wielkie kino — już rok później Oliver Stone w „Wall Street” znacznie lepiej i głębiej zbuduje postać maklera, który niszczy siebie i relacje z ojcem. Ale co z tego? Gdy przypadkiem trafiam na ten film w telewizji, nie potrafię przełączyć na inny kanał.
PS
Klapa "Żywego srebra" sprawiła, że był to jedyny film kinowy w dorobku Donnelly'ego.