15/06/2025
"Podczas śniadania zadzwonił do mnie mój mąż Gio i powiedział, że znów miał niespokojną noc i trudności z oddychaniem. Lekarze nie potrafili ustalić przyczyny i zaproponowali, że „uśpią” go, na co on się zgodził. Pozwoliłam mu mówić, ale miał trudności i musiał robić przerwy, żeby złapać oddech. Kiedy wspomniał o „uśpieniu”, zamarłam, a potem zapytałam najdelikatniejszym głosem: „Jak długo planujesz spać?”. „Dwa dni” – odpowiedział. „No cóż” – odparłam z determinacją – „to spotkamy się w weekend! Wszystko będzie dobrze”. „Tak”. „Kocham cię”. „Ja też cię kocham”. Telefonowanie do kogoś, kogo kochasz, aby powiedzieć mu, że zostaniesz uśpiony, ponieważ masz trudności z oddychaniem, nie jest łatwą rozmową. Ale ten telefon zmienił sposób, w jaki postrzegałam śpiączkę: wiedziałam, że Gio uczestniczył w podjęciu tej decyzji, czuł, że tego potrzebuje, nawet jeśli było to przerażające. Jego odwaga dała mi siłę, aby stawić czoła kolejnym tygodniom. Po tej rozmowie Gio stawał się coraz bardziej niespokojny, więc pielęgniarka została przy nim, podczas gdy zespół przygotowywał się do rozpoczęcia sedacji. Zapytała go, gdzie chciałby teraz być. Odpowiedział: „W pobliżu gór”, więc opisała mu widok pól w słońcu, ośnieżone szczyty, zapach powietrza i uczucie słońca na skórze. Stopniowo wprowadziła go w sen. Zespół medyczny ogłosił, że sedacja potrwa 2 dni, prawdopodobnie dlatego, że wydawało się to akceptowalnym czasem na sen, ale także dlatego, że uznano, że tyle czasu potrzeba, aby znacznie poprawić jego stan. Przyjechałam kilka godzin później i poprosiłam o rozmowę z pielęgniarką. Musiałam zrozumieć, co on czuje i jak możemy mu pomóc, skoro jest nieprzytomny. Czułam się bezradna – rozdarta między pragnieniem, by pozostać przy nim, a nieznośną absurdalnością przebywania przy nieprzytomnym ciele, nie rozumiejąc, co dzieje się w jego głowie. Przez kilka dni nikt nie używał słowa „śpiączka”, tylko „środek uspokajający”, aż w końcu komuś wymknęło się z ust, potwierdzając to, co już wiedzieliśmy. Nie wiem, czy wiedzieli, że te słowa miały dla mnie tak wielkie znaczenie. Wiedziałam, że śpiączka została „wywołana”, ale odebrałam to jako coś zupełnie innego niż „uspokojenie”. Odebrałam to jako coś, z czego może się nie obudzić, co zmieniło sposób, w jaki próbowałam mu pomóc. Pielęgniarka wyjaśniła, że odczucia osób, które wychodzą ze śpiączki, są różne, a każdy pacjent ma swoje unikalne doświadczenia. Zasugerowała jednak kilka rzeczy, które mogliśmy spróbować, i podkreśliła, jak ważne jest zapewnienie mu jak największego wsparcia. Wspomniała, że niektórzy pacjenci mogą słyszeć głosy, wyczuwać obecność innych osób lub przypominać sobie określone zapachy. Spróbowaliśmy więc wszystkiego. Możliwość podjęcia tych konkretnych działań pozwoliła mi wykonać potencjalnie „przydatne” czynności, podczas gdy czułam się bezużyteczna, biorąc pod uwagę powagę sytuacji, w jakiej znalazł się Gio. Umieszczałam swój szalik blisko jego twarzy i co kilka dni spryskiwałam go perfumami. Kupiłam nawet perfumy jego matki, aby ona również mogła być obecna. Spędzałam godziny, opowiadając mu o tym, co dzieje się na zewnątrz, od drobnych codziennych spraw, takich jak nasze posiłki, po bardziej optymistyczne plany na przyszłość. Byłam wtedy w piątym tygodniu ciąży, więc opowiadałam mu o wielkości płodu i naszych przygotowaniach do narodzin dziecka. Każdego dnia wymyślałam nowe słowa, aby powiedzieć mu, jak bardzo go kocham, jak jestem z niego dumna i jak bardzo jest dzielny. Psycholog z oddziału intensywnej terapii zasugerował, aby w pokoju odtwarzać jego ulubione piosenki, więc przygotowałam playlistę, którą odtwarzałam w kółko. Spędzałam godziny, głaszcząc jego czoło i głowę, ponieważ kroplówka, którą otrzymywał, sprawiała, że jego dłonie były bardzo delikatne. Wraz z rodziną i przyjaciółmi staraliśmy się, aby jego pokój w szpitalu był jak najbardziej „domowy”. Pokryłam ściany wydrukowanymi zdjęciami przedstawiającymi ulubione chwile z naszego wspólnego życia: naszych bliskich, wakacje i niedawny ślub... Nad jego głową powiesiłam papierową mobilkę ozdobioną małymi bocianami, przypominającą mu o naszym dziecku, które wkrótce miało się urodzić. Jego rodzice dodali zdjęcia Ojca Pio, świętego, który chronił rodzinę od pokoleń. Przychodzili codziennie, aby się modlić. Dekoracje w jego pokoju stały się odzwierciedleniem tego, kim był i nadziei tych, którzy go kochali. Nigdy nie wychodziłam z pokoju bez powiedzenia mu „Kocham cię szaleńczo i bezgranicznie, zawsze i na zawsze”, nie wiedząc, czy to będą moje ostatnie słowa do niego, ani czy je usłyszy. Byłam świadoma jego niepewnej sytuacji i wielokrotnie ostrzegano mnie, że może umrzeć w każdej chwili. Niemniej jednak postanowiłam nie tracić nadziei, ponieważ była to jedyna możliwość, aby walczyć razem z nim. Każdy członek zespołu medycznego witał go słowem „dzień dobry” i zwracał się do niego po imieniu, wchodząc do pokoju. Pielęgniarki opowiadały mu o pogodzie i dzieliły się wiadomościami o mojej ciąży. Te proste gesty – rozmowa z człowiekiem, tak jakby nadal był człowiekiem – znacząco zmieniły atmosferę w pokoju z atmosfery umierającego człowieka na atmosferę osoby żyjącej. Proces budzenia trwał kilka dni, podczas których ledwo mógł się komunikować; pozostawał zaintubowany przez kolejne 10 dni i nie mógł poruszyć nawet palcami. Byłam pełna gniewu, widząc go w takim stanie, ponieważ warunki, w jakich się znalazł, wydawały mi się nieludzkie. Zapytałam nawet, czy można go ponownie podać środki uspokajające, aż poczuje się lepiej. Lekarz wyjaśnił mi, dlaczego bezpieczniej jest, aby pozostał przytomny, więc starałam się jak mogłam, aby wspierać go w tym procesie. Mój mąż „spał” przez 2 tygodnie: wieczność i całe życie. Po wyjęciu rurki intubacyjnej minęło kilka dni, zanim udało mu się ponownie mówić, a pierwsze słowa skierował do mnie: „Kocham cię”. Przez długi czas były to jego jedyne słowa. Kilka tygodni później odkryliśmy, że guz w klatce piersiowej Giovanniego powiększył się dwukrotnie. Pozostało mu tylko podjąć decyzję o zaprzestaniu leczenia i cieszeniu się pozostałym czasem lub spróbować nowej, bardziej toksycznej chemioterapii, która nie gwarantowała wyleczenia guza. Ponieważ byłam w ciąży, zdecydował, że należy podjąć wszelkie próby, aby przeżył. Jego organizm nie wytrzymał toksycznego działania chemioterapii i zmarł 10 tygodni po przyjęciu do szpitala. Patrząc wstecz, chciałabym podzielić się tym, jak ważne jest, aby pacjentów poddanych sedacji traktować tak samo jak pacjentów przytomnych, nie tylko jako osoby wymagające leczenia, ale jako pełnoprawne istoty ludzkie. Wierzę również, że dzięki wsparciu personelu medycznego i odpowiedniemu nastawieniu rodziny i bliscy pacjenta mogą stać się dla niego kluczowym wsparciem podczas pobytu w śpiączce".