Fundacja SNG Kultura i Sport

Fundacja SNG Kultura i Sport SNG Kultura to jedna wielka galeria. Idąc na trening można podziwiać prace artystów. Wracając z basenu można posłuchać dyskusji o literaturze.

Fundacja SNG Kultura i Sport to organizacja, która powstała aby rozświetlać drogę ku nowym możliwościom, to ludzie którzy wspierają kulturę i sport. W strukturach Fundacji działa klub multisportowy SNG WILD DUCKS, Fundacja opiekuje się również galerią. Idąc na trening można podziwiać prace artystów – plastyków. Wracając z basenu można zatrzymać się i posłuchać dyskusji z autorem, który właśnie op

ublikował nową książkę. Promowanie kultury i sportu w każdej postaci to misja FSNG wpisana w istnienie tej organizacji. Miło nam Was gościć w przestrzeniach SNG Kultura i Sport

Procesja i procesor. Kazanie i felieton.TEOLOGIA PORÓWNAŃBoże Ciało – procesje na wsiach i wokół miejskich osiedli, wstą...
04/06/2026

Procesja i procesor. Kazanie i felieton.

TEOLOGIA PORÓWNAŃ

Boże Ciało – procesje na wsiach i wokół miejskich osiedli, wstążki na płotach i na przesuwnych bramach, kwiatki sypane pod nogi i pieczołowicie układane dywany kwiatowe, stary hymn „Święty Boże” śpiewany przez klęczących na asfalcie ludzi. Pozostając w nastroju, nastrajam się do „teologicznego” felietonu.

W ostatnią niedzielę uczestniczyłem w swojej parafii we mszy dla dzieci. Kazanie dotyczyło Trójcy Świętej – młody ksiądz próbował dzieciom wyjaśnić jedną z najtrudniejszych do zrozumienia tajemnic wiary. 1 = 3, naprawdę? Był trochę jak nauczyciel fizyki tłumaczący teorię względności w szkole średniej. Ale próbował, co szczerze doceniam. Próba opierała się na oparciu wywodu na osobistym doświadczeniu słuchaczy. Słuszna koncepcja. Ostatnio na pierwszej komunii wnuka słyszałem księdza, który mówił, że Bóg wybrał nas do swojej drużyny, tak jak wybiera się składy przed meczem na szkolnym boisku. Przyniósł nawet piłkarskie akcesoria: piłkę, korki, koszulkę, które prezentował zebranym. Niewiele brakowało, a zaczęlibyśmy mecz...

Ksiądz w mojej parafii też zaczął od gadżetów: pokazał telefon, tablet i laptop, zadając dzieciom kilka pytań na temat elektroniki. Trochę pożartował, nawiązał kontakt. „Macie takie urządzenia? Wiecie, jak działają? Jeśli działają w tym samym systemie, to możemy wysyłać wiadomość na jednym urządzeniu, a odczytywać na drugim. Podobnie zdjęcia. Wszystko, co zapiszemy na jednym sprzęcie, jest też widoczne na pozostałych”. Tak, to było porównanie obrazujące istotę Trójcy. Niezbyt może szczęśliwe (komputery są dziś chyba wystarczająco „ubóstwione”), ale plus za kreatywny pomysł. Smartfon, tablet i laptop działające w jednym programie – trzy „osoby” tworzące jedność.

Ksiądz oczywiście orientował się, że w swoim wyjaśnieniu trochę sprawę uprościł, więc zaraz wsparł się Tertulianem, wczesnochrześcijańskim teologiem. Ów uczony mąż wysnuł analogię między Trójcą Świętą a wodą: Bóg Ojciec jest jak źródło, Syn Boży jest jak potok, który ze źródła wypływa, a Duch Święty przypomina jezioro, do którego potok wpada. Ale wszędzie jest ta sama woda, która może nas napoić. Jedność istoty, choć formy (osoby) różne. Porównanie lepsze, choć może mniej zrozumiałe dla dzisiejszych dzieci, z których nie wszystkie widziały zapewne źródło (kran jako początek opowieści byłby raczej niezręczny).

Można wymyślać kolejne porównania, dające obraz jedności trzech elementów. Mnie podoba się metafora warkocza, o której kiedyś przeczytałem czy usłyszałem. Trzy pasma włosów, splecione i stanowiące jedność. Bóg (warkocz) jest jeden, ale w trzech osobach (pasmach). Powstaje jednak pytanie: co z zakończeniem warkocza? Co ze wstążką, która go wiąże? Ja pomyślałem o Matce Boskiej – taka amatorska teologia.

Taka felietonowa zachęta do treningu.8 LAT KRÓCEJ…żyją mężczyźni. Polscy mężczyźni żyją średnio osiem lat krócej niż pol...
28/05/2026

Taka felietonowa zachęta do treningu.

8 LAT KRÓCEJ

…żyją mężczyźni. Polscy mężczyźni żyją średnio osiem lat krócej niż polskie kobiety. Wszędzie w Europie kobiety żyją dłużej, ale u nas o wiele dłużej. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi w ramach Narodowego Programu Zdrowia szukał zespół badawczy pod kierunkiem profesora Bolesława Samolińskiego.

Wyniki badań pozwoliły sformułować tezę, że głównym czynnikiem wpływającym na taki stan rzeczy jest otyłość i nadwaga. Problem z nadmierną masą ciała, skutkujący większym ryzykiem wielu chorób, podobno częściej dotyczy mężczyzn. Faceci gorzej się odżywiają i mniej ruszają. Tak wynika z badań, choć moje życiowe doświadczenie nie do końca potwierdza takie statystyki. Moim zdaniem w konkursie na zbędne kilogramy wiele kobiet dzielnie dotrzymuje kroku facetom. Niestety. Co do aktywności fizycznej – panowie grają w piłkę, biegają, ale w pewnym wieku im przechodzi. Przestają, bo nie mają czasu, bo niby coś im dolega. A może dolega, bo przestają…

Zajęcia dla seniorów – czy to nordic walkin, czy gimnastyka – to już domena pań. Widziałem w parku taką grupę: był instruktor, dwadzieścia kobiet i jeden odważy uczestnik płci męskiej. Nie da się ukryć, że wzbudzał zainteresowanie. Sytuacja podobna do tańców na weselu. Po północy na parkiecie zostaje kilka zainteresowanych pląsaniem kobiet i dwóch królów parkietu, którzy nie muszą wcale dobrze tańczyć – grunt, że w ogóle tańczą. Reszta przekrzykuje się przy stole albo przysypia w kącie.

Ciekawym wnioskiem z omawianych badań było spostrzeżenie, że u kobiet wraz z wykształceniem rośnie apetyt na zdrowy tryb życia, a u panów przeciwnie. Można powiedzieć: im wyższe stanowisko, tym większy brzuch. Oczywiście to uogólnienie i przesada. Ale nie gruba…

Czy zatem to otyłość wpędza nas do grobu? Zdaniem badaczy to czynnik główny. Główny, a zatem są też inne. Mam tu kilka propozycji. Po pierwsze: panowie więcej piją i palą, choć i tu emancypacja czyni szybkie postępy. Po drugie: dłużej pracują, nierzadko w szkodliwych lub niebezpiecznych zawodach. Po trzecie: lubią ryzyko (często bezsensowne) – ścigają się samochodami, skaczą na główkę w nieznanych miejscach, wspinają na wieżowce, chodzą po rusztowaniach bez asekuracji itd. Kobiety są rozsądniejsze. Po czwarte: mężczyźni są słabsi psychicznie, np. częściej popełniają samobójstwo. Po piąte: kobietom służy posiadanie dzieci. Owszem – ciąża jest obciążeniem, ale podobno komórki dziecka przenikają do organizmu matki i mogą co nieco naprawić. To się nazywa mikrochimeryzm – niektórzy naukowcy upatrują w tym zjawisku przyczynę dłuższego życia kobiet. Po szóste wreszcie – kobiety chętniej (a może tylko mniej niechętnie) się badają. Potwierdzają to choćby żarty z serii „przychodzi baba do lekarza”. Po siódme – tak po prostu jest.

By zakończyć optymistycznie, przerobię tytułowe stwierdzenie: To nie faceci żyją osiem lat krócej, to kobiety żyją osiem lat dłużej.

Felieton na piątek, na weekend, na zdrowie. NA ZDROWIENie, nie wznoszę toastu. Alkohol szkodzi zdrowiu, a toasty sokiem ...
21/05/2026

Felieton na piątek, na weekend, na zdrowie.

NA ZDROWIE

Nie, nie wznoszę toastu. Alkohol szkodzi zdrowiu, a toasty sokiem lub także niezdrowym napojem gazowanym są mi kulturowo obce. Moje „na zdrowie” przywołuje znany utwór Jana Kochanowskiego. Utwór z gatunku fraszka, który to gatunek lubi tytuły zaczynać od słówka na. „Na nabożną”, „Na poduszkę”, „Na lipę”, „Na zdrowie”…

Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.

(Chyba) wszyscy pamiętamy ten wiersz ze szkoły, wałkowany na różne sposoby – najpierw sam w sobie, potem przy okazji „Pana Tadeusza”, na pamięć do nauczenia się zadawany (przynajmniej kiedyś), w tematach rozprawek umieszczany. Nikt się nie dowie/ jako smakujesz/ aż się zepsujesz. Tak, to prawda, niektórzy powiedzą nawet – głęboka prawda. Ale tylko niektórzy, dla innych (tych zdrowych) to będzie banał. Ta fraszka sama jest jak zdrowie – ile w niej prawdy, ten tylko się dowie, kto zdrowie stracił.

Rozpatrując rzecz z tej perspektywy, należałoby powiedzieć, że męczenie dzieci tym akurat tekstem Jana z Czarnolasu ma sens niewielki. Dzieci są na ogół zdrowe, więc – zgodnie zresztą z myślą Kochanowskiego – nie są w stanie zdrowia docenić. I chyba nie przekona ich fraszka, którą owszem – mogą poprawnie zinterpretować, ale czy mogą zrozumieć? Gdyby ją naprawdę zrozumiały, zaprzeczyłyby myśli wyłożonej przez poetę. Gdyby doceniły zdrowie, zanegowałyby słowo nikt. Byłyby kimś, kto dowiedział się, jak zdrowie smakuje, zanim się zepsuje. Od biedy można jeszcze liczyć, że dziatwa zrozumie cytowany tu początek utworu, czyli zrozumie, że nic z prawdy o zdrowiu nie rozumie. Ale co z dalszym ciągiem – że nic nad zdrowie/ ani lepszego/ ani droższego. Kto w to uwierzy, mając kilka czy kilkanaście lat? Zdrowie jest najważniejsze? Może u babci na imieninach – przede wszystkim zdrowia!

Na czym więc zrozumienie miałoby polegać? Mówimy „pogłębiona refleksja”, „głębia myśli”, „głęboko odczuta prawda”. No właśnie – głęboko odczuta. Wiele prawd ślizga się po powierzchni naszego umysłu, niby je znamy, ale to znajomość powierzchowna. Podobnie znamy mijane codziennie domy, w których jednak nigdy nie byliśmy. Jakoś je sobie wyobrażamy, wyobrażamy sobie toczące się w nich życie. A potem któregoś dnia ktoś nas do nich zaprasza i doznajemy olśnienia – a więc tak to wygląda naprawdę.

Owszem, wiemy, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – według Mickiewicza to przysłowie niedźwiedzie. Ale czy to stwierdzenie rozumiemy, biedy uprzednio nie zaznawszy i braku pomocy? Biedy różnie rozumianej. Żeby zrozumieć jakąś myśl, trzeba ją w jakiś sposób uwewnętrznić, przyjąć w siebie, pogłębić. Doświadczyć na własnej skórze? Niekoniecznie. Smutna prawda, że każdy kiedyś umrze, jest młodym ludziom znana, ale na ogół naprawdę dociera do świadomości człowieka koło pięćdziesiątki. Wtedy staje się doświadczeniem osobistym, choć przecież nikt swej śmierci nie przeżywa. To cudze śmierci zaczynamy odnosić do siebie. Może więc i cudze choroby mogłyby nas skłonić do docenienia zdrowia? Chorych nawiedzać – co oni mieli kiedyś z tym „na” – chorych odwiedzać to uczynek miłosierdzia. Względem ciała (cudzego), ale i względem ducha (własnego). Chorych odwiedzaj, a docenisz zdrowie.

A tymczasem mamy wiosnę. Słońce, kwitnie bez, ptaki o świcie śpiewają. Cieszmy się tym, zanim stracimy (zdrowie). Bo „gdzie nie masz siły i świat niemiły”.

Felieton piątkowy. Pamiętajcie, żeby się dziś dobrze ubrać, bo pogoda zmienną jest. KLEIDER MACHEN LEUTETakie przysłowie...
15/05/2026

Felieton piątkowy. Pamiętajcie, żeby się dziś dobrze ubrać, bo pogoda zmienną jest.

KLEIDER MACHEN LEUTE

Takie przysłowie. Niemieckie. Bardzo niedokładnym polskim odpowiednikiem byłoby chyba powiedzenie „Jak cię widzą, tak cię piszą”. Ale u nas mówi się też: Nie szata zdobi człowieka. Czyli nie szata robi człowieka? Sprzeczne z tytułowym „Ubrania czynią ludzi”. My i nasze ubrania… temat-rzeka. Rzeka ubrań - jedyna, do której dzięki powracającej modzie można wejść dwa razy.

Może rzeczywiście ubrania czynią człowiekiem, robią (z nas) ludzi. Przecież zwierzęta nie noszą ubrań. A ludzie prawie zawsze. Nawet plemiona żyjące w gorącym klimacie jakieś biodrowe przepaski, jakieś osłony na pen*sa przywdziewają. Pióropusze, biżuteria to też jakby elementy stroju. Jaskiniowcy (chyba nie tylko na filmach) nosili zwierzęce skóry, bo we własnej było im za zimno. Zatem ubranie, obok języka, religii, abstrakcyjnego myślenia byłoby wyznacznikiem człowieczeństwa? Adam i Ewa zobaczyli, że są nadzy, i spletli gałązki figowe, by tę (egzystencjalną) nagość zakryć.

Ubranie czyni człowieka… Aktorzy mówią, że tworzenie postaci zaczyna się od butów. Zakładasz buty, na przykład oficerki, i zaczynasz chodzić jak oficer. To po części kwestia mechaniki ruchu wymuszanej krojem obuwia, po części – podświadomych skojarzeń. Inaczej chodzi się w podkutych buciorach, a inaczej w sandałach. Inaczej w adidasach, a inaczej w szpilkach. Kobiety w szpilkach, o ile potrafią w nich chodzić, wydają się bardziej kobiece (seksowne? kusicielskie?). Wydają się czy są?

Mundury, uniformy, dress cody wszystkich epok. Król wyglądał po królewsku, kupiec po kupiecku, a żołnierz po żołniersku. Uczniowie nosili mundurki, a kolejarze mundury. Policjanci policyjne czapki, a komandosi czerwone berety. Dziś trochę się to wymieszało, ale nadal po stroju można wiele rozpoznać. Na przykład ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, siostry zakonne albo muzułmanki ubrane w hidżaby. Kibiców noszących szaliki swoich klubów, pracowników korporacji noszących swoje laptopy w eleganckich torbach. Także każda subkultura miała (ma) swój strój, przy czym różnice mogą dotyczyć na przykład koloru albo sposobu wiązania sznurowadeł. Jeśli chcecie nosić glany, radzę zapoznać się z tabelą kolorów, bo każdy podobno coś znaczy.

Kontrkulturowe myślenie z końca lat 60. przyniosło niechęć do mundurów i garniturów. Jeszcze w połowie dekady zespoły rockowe występowały w garniturach i krawatach – wystarczy zobaczyć występ The Animals w programie Eda Sullivana. Jak wykonawcy muzyki rozrywkowej wyglądają dzisiaj? Jak Lady Gaga przebrana za Marylę Rodowicz – takie mi się wymyśliło porównanie. Albo jak zespół Kiss na odpuście w Łowiczu. Co ciekawe – walcząc z uniformizacją kontrkultura wepchnęła najpierw młodzież, a potem coraz bardziej starzejącą się młodzież w nowe mundurki – „wygląda jak podstarzały hippis”. Mundur podstarzałego hippisa – trudno zasalutować.

Ciekawe pytanie: Czy zmiany w modzie zmieniają styl życia czy nowy styl życia wymusza zmiany w modzie? Młodzież nosi podarte spodnie, bo lubi siadać na chodniku (choć obok jest ławka ufundowana z budżetu obywatelskiego), czy może zaczyna siadać na chodniku, bo nosi podarte spodnie i takie siadanie jakoś do tego stroju pasuje. Kleider machen Leute – w niemieckim szyk zdania wskazuje, co jest w nim podmiotem. Ale po polsku zdanie „Ubrania robią dzieciaki” może odnosić się do zasuwających gdzieś w Azji młodocianych robotników albo do młodzieży przebierającej się w wyprodukowane przez tych pierwszych ciuszki.

Felieton piątkowy, delikatnie maturalny. KIM CHCIAŁBYŚ BYĆ?Syn znajomego zdaje maturę, więc pytam, na jakie studia wybie...
08/05/2026

Felieton piątkowy, delikatnie maturalny.

KIM CHCIAŁBYŚ BYĆ?

Syn znajomego zdaje maturę, więc pytam, na jakie studia wybiera się młody. Jeszcze nie wie, jeszcze się nie zdecydował. Nieźle. Ja wybrałem sobie kierunek w marcu, a i tak byłem chyba ostatni w klasie. Większość wiedziała od początku czwartej klasy, kiedy zapisywało się na fakultety, czyli takie lekcje na wyższym poziomie. Nie mówiąc o tych, którzy znali swój wybór jeszcze przed urodzeniem. Syn prawnika miał zostać prawnikiem, córka lekarki – lekarką. Nasza mała pani doktor, nasz pan mecenas – słyszeli jeszcze w brzuchu zamiast tradycyjnego „ale kopie, pewnie będzie piłkarzem”. Ale syn znajomego nie wie, w związku czym znajomy też nie wie.

Właściwie to się nie dziwię. Zewsząd słyszymy, że większość zawodów zniknie, że ludzie będą się co rok przekwalifikowywać albo będą wykonywać zawody, o których nikt na razie nie słyszał. – Kim chciałbyś być? – Przekwalifikatorem. A może merkantem. – Co robi merkant? – Nie wiem, to zawód przyszłości. – A ja bym chciał być łagiewnikiem. – Co robi łagiewnik? – Nie wiem, to zawód przeszłości. – AI mówi, że robił naczynia klepkowe…– To trochę jak bednarz.

Gdy mój ojciec miał syna w liceum (dodam, że jestem jedynakiem, by wszystko było jasne), na jednej z wywiadówek usłyszał od wychowawczyni (syna, nie swojej): „Niech pan go ratuje, on chce iść na filologię, a jest taki zdolny. Powinien iść na politechnikę”. Dodam, że wychowawczyni także skończyła filologię, angielską w dodatku. Z kolei mój ojciec jest absolwentem politechniki, więc takie dictum mu pochlebiało. „Spróbuję go przekonać” – odparł i po powrocie do domu wziął się za przekonywanie. W czym był jednak mało skuteczny. Może gdyby skończył filologię, przekonywałby bardziej przekonująco, perorował bardziej kwieciście, może by znalazł lepsze argumenty. W ostateczności mógłby się odwołać do osobistego przykładu: ja skończyłem filologię i zobacz, jak skończyłem…

Ta historia znalazła ostatnio nieoczekiwaną puentę. Ojciec w wieku matuzalemowym wyznał, że ta jego politechnika to było nieporozumienie. Gdy miał trzynaście lat, musiał wybrać technikum, szybko iść do pracy, studia skończył wieczorowo. Stwierdził, że w zasadzie to czuje się humanistą, bo lubi czytać książki. Ja też lubiłem, dlatego poszedłem na filologię. Chciałem robić to, co lubię. I niekiedy robiłem. Byłem na przykład korektorem map – chodziłem po mieście i sprawdzałem, czy mapa zgadza się z terytorium. Uwielbiam włóczyć się po mieście, uwielbiam mapy, lubię też sprawdzać, czy rzeczywistość zgadza się z jej opisem. Niestety, mapy przeniosły się do Internetu, a korektorów map zastąpiły satelity. Zniknęli jak maszynistki.

Maszynistka to był taki zawód. Praca maszynistki polegała na przepisywaniu tekstów na maszynie do pisania. Maszyna do pisania to była klawiatura komputera połączona z młoteczkami uderzającymi w taśmę wysmarowaną tuszem. Czyli skrzyżowanie fortepianu z drukarką. Plus maszynistka jako żywy skaner. Być może zawód powróci w jakimś skansenie czy innym parku kulturowym. „Zobacz na żywo, jak wyglądało biuro w XX wieku”. W wolnych chwilach warto poćwiczyć pisanie.

foto: Pixabay

Felieton na dziś - trochę o filmie, trochę o literaturze, a trochę o popularności. PRZEMIANA FRANZAW filmie Agnieszki Ho...
30/04/2026

Felieton na dziś - trochę o filmie, trochę o literaturze, a trochę o popularności.

PRZEMIANA FRANZA

W filmie Agnieszki Holland „Franz Kafka” przewodniczka oprowadzająca wycieczkę po muzeum pisarza mówi w pewnym momencie: stosunek liczby słów, które napisał Kafka, do słów, które o nim napisano, jest jak jeden do dziesięciu milionów. Nawet jeśli jest to celowa przesada pokazująca robienie z literatury disneylandowej rozrywki dla turystów (cały przemysł kubków, magnesików, koszulek i czego tam jeszcze z podobizną i cytatami z Kafki), to i tak wkrótce zapewne ten rekord stanie się prawdą. Autor „Przemiany” nic już bowiem nie stworzy, a o nim będzie się pisać i to coraz więcej. Interpretacje, biografie, doktoraty, porównania, recenzje filmowych adaptacji, wreszcie felietony jak ten – wszystko to pod kreską we wspomnianym ilorazie (ilowlazie?).

O Kafce dobrze się pisze, bo przypowieściowy charakter jego tekstów poddaje się różnym interpretacjom, a i osobista historia pisarza daje okazje do psychologicznych i literackich wariacji. Każdy może w jego tekstach i listach wyczytać to, co mu akurat pasuje. W tym samym momencie jeden się przerazi, a ktoś inny uśmiechnie, jeden nie będzie mógł zasnąć, inny zaśnie po kilku stronach. Parafrazując jeden z aforyzmów pisarza, można by stwierdzić, że wiara w Kafkę jest jak gilotyna – taka lekka, taka ciężka.

Nie ukrywam, że – tak jak Agnieszka Holland – przeżyłem okres fascynacji Kafką. Przy czym nie jestem pewny, czy pomogło to mi się rozwinąć, czy też pomogło rozwinąć się moim dziwactwom. Jest to bowiem proza hiperbolizująca wątpliwości i dylematy, dzieląca włos nie na cztery, ale na czterdzieści cztery. Kolejne książki zbójeckie – jak by powiedział Gustaw Mickiewicza. Kafka jako rozbójnik zaczajony na wrażliwą młodzież w Złotej Uliczce? A może pośród bibliotecznych regałów? To dopiero przemiana wizerunku.

Ale wróćmy do muzeum i pani przewodniczki czarującej wycieczki literackimi rekordami. Pojawia się pytanie: Czy fakt, że o pisarzu napisano tysiące, miliony, a może miliardy słów, świadczy o jego klasie? Czy im więcej napisano, tym pisarz lepszy? A co z zapoznanymi geniuszami? Z Norwidami docenianymi (albo i nie) dopiero przez późne wnuki? Z twórcami, którzy nie spotkają swego Maxa Broda? I czy liczą się tylko naukowe i prasowe publikacje czy może także lajki na FB?

A może sprawę można uogólnić na wszystkich ludzi, nie tylko twórców? To był dobry człowiek – stosunek liczby słów, które wypowiedział za życia, do słów, którymi go dobrze wspominano, wynosi jeden do… ta druga liczba stale rośnie.

A film polecam.

Felieton piątkowy... na żądanie.P***K (NIE)MŁODYSiedział na przystankowej ławeczce, a obok – oparty o płot – stał jego r...
24/04/2026

Felieton piątkowy... na żądanie.

P***K (NIE)MŁODY

Siedział na przystankowej ławeczce, a obok – oparty o płot – stał jego rower. Stał, choć nie był to rower stacjonarny. Zwykły góral, jaki daje się dzieciom na komunię, trochę za mały dla właściciela. Zresztą pan wcale nie miał zamiaru z niego korzystać, chciał z nim wsiąść do autobusu. Może i dobrze, bo był mocno pijany. – Za ile przyjedzie? – spytał, gdy na tabliczce sprawdzałem rozkład jazdy. – Za trzy minuty.

Te trzy minuty mój przystankowy towarzysz spędził na lustrowaniu okolicy i przygotowywaniu sobie pytania. W końcu zebrał się w sobie, przytrzymał roweru i spytał: – P***k? – P***k – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć przez moment chciałem go podpuścić, że Francuz albo Hiszpan. – I tak trzymaj! – pochwalił moją patriotyczną postawę, spróbował klepnąć po ramieniu, gdy wsiadaliśmy do autobusu.

Gdyby tak głębiej pomyśleć, to oprócz słabo skrywanej niechęci do obcych w jego wypowiedzi można się doszukać czegoś jeszcze. Skoro mam się trzymać swojej polskości, mam w niej trwać, to znaczy, że mógłbym się nie trzymać, że mógłbym ją zmienić. Zostać Francuzem albo Hiszpanem? Narodowość byłaby według tej koncepcji (choć pan z rowerem zapewne tak by tego nie sformułował) wyborem, naród byłby wspólnotą tych, którzy się do niej przyznają. P***kiem jest ten, kto się za P***ka uważa, kto się utożsamia z językiem, zwyczajami, kulturą. Kto zna przynajmniej dwie zwrotki kolędy, dzieli się opłatkiem, święci jajka, kisi ogórki, gotuje bigos, obchodzi imieniny i śpiewa o góralu opuszczającym hale. Kto lubi wypić kilka piw pod sklepem – dodałby może mój przygodny współpasażer.

Naród jest oczywiście wspólnotą kulturową, a nie wspólnotą krwi. Ale czy pan z rowerem ma mi być bliski z racji – jak to ujął Herbert - używania tych samych przekleństw i wspólnych lektur szkolnych? Lektur, których być może nawet nie przeczytał. Z drugiej strony - czy Francuzem można stać się na (własne) żądanie? A może chodzi o miejsce, o ziemię? Słowo ziomek właśnie od ziemi pochodzi. Pan z rowerem to mój ziomal? Ziomali się nie wybiera? Gdy wysiadał, uparł się, że przybijemy piątkę. Trochę nim rzucało, ale dał radę – podszedł i pożegnał się jak z bratem. – Trzymaj się, młody! – rzucił na koniec. Trochę bez sensu, bo trzeźwo oceniając sytuację, należałoby stwierdzić, że to on był sporo młodszy.

Ja pojechałem dalej. Autobus przemierzał moją małą ojczyznę. Szukałem rymu do nowej wersji wierszyka: Kto ty jesteś? P***k (nie)młody. Jaki znak twój?...

Dzisiejszy felieton sponsorują cyfry 6 i 7.67Szliśmy z wnukiem ulicą, mijając kolejne domy z tabliczkami na frontowych ś...
16/04/2026

Dzisiejszy felieton sponsorują cyfry 6 i 7.

67

Szliśmy z wnukiem ulicą, mijając kolejne domy z tabliczkami na frontowych ścianach. Wnuk odczytywał numery: 89, 87, 85… 71, 69, 67. O, six seven – zakrzyknął nagle uradowany. – Tam jest six seven. Nie wiedziałem, o co chodzi, i mimo dość długiego dochodzenia nie wiem do dziś. Podobno tak się mówi. – No jest takie powiedzenie, sześć siedem. – Ale co ono znaczy? Kiedy się je stosuje? Nie wiedział.

Zapytałem Internet, co o tym sądzi. Odpowiedź „popularny w 2025 roku viralowy brainrot” niewiele wyjaśniła, dowiedziałem się za to, że powiedzonko wzięło się od jakiegoś rapera albo z filmiku zamieszczonego na TikToku, gdzie oznaczało wzrost koszykarza. Wszelkie źródła były za to zgodne, że powiedzonko nie oznacza nic konkretnego. Takie tam, panie, ten teges… Jedynie w slangu sportowym – jak się dowiedziałem – liczby te oznaczają przeciętność, czyli „średnio na jeża”, jak się mówiło dawno temu. Być może 67 odnosi się do procentu maksymalnego wyniku. 67%, czyli 2/3 mocy, szybkości, punktów…

Mnie za to skojarzyło się z wiekiem emerytalnym, który przez pewien czas mi groził, a być może jeszcze powróci, zanim uda mi się przejść na emeryturę. Six seven w takiej interpretacji oznaczałoby emeryta, co w ustach wnuka mogło odnosić się do mnie. Albo do babci – sweet little six seven, jak nie śpiewał Chuck Berry. Babcia, czyli żona jest – nawiasem mówiąc – z rocznika ‘67.

Tak tu sobie dywagujemy, a sprawa jest poważna. Dwa dni później bowiem rzeczonego powiedzonka użył mój czterdziestoletni znajomy. Wykonał przy tym charakterystyczny gest, jakby ważył coś w dłoniach albo żonglował niewidzialnymi piłeczkami. Zapytany, co chce przez to powiedzieć, odparł, że tak się mówi. Po prostu. Że niby ni tak, ni siak. Albo że: na dwoje babka wróżyła. Six seven w jego ustach było potwierdzeniem, że tak się mówi, choć z drugiej strony – skoro on tak mówi, to młodzież pewnie już tak nie mówi. Być może jest to już cringe’owe, czyli obciachowe po naszemu.
Skoro to być może obciach, to nie będę jednak tego używał.

Przypomnę za to dwa inne wyrażenia: „raz dwa” i „trzy cztery”. Oba coś konkretnego znaczą – pierwsze znaczy po prostu szybko, a drugie jest komendą startu. Razem tworzą frazę wierszyka – wyliczanki o maszerujących oficerach. We wszystkich znanych mi utworach tego typu liczby łączy się w pary na zasadzie: nieparzysta-parzysta. Six seven stanowiłoby tu wyjątek. Może lepsze byłoby five six – zwłaszcza że to numer mojej posesji. Muszę zamieścić jakiś filmik za TikToku - a nuż stanie się viralem.

Wakacje na horyzoncie - pierwszy zwiastun w felietonie.CZAR KASY POD GRUSZĄPracownikowi przysługuje urlop, a nawet dofin...
09/04/2026

Wakacje na horyzoncie - pierwszy zwiastun w felietonie.

CZAR KASY POD GRUSZĄ

Pracownikowi przysługuje urlop, a nawet dofinansowanie urlopu. Jeśli pracuje w jednostce budżetowej lub samorządowej albo w firmie zatrudniającej co najmniej 50 osób może skorzystać z zakładowego funduszu socjalnego, najczęściej przeznaczanego na „wczasy pod gruszą”, czyli dofinansowanie urlopu właśnie. Pięknie. Kiedyś, za komuny jeszcze, zakłady pracy same utrzymywały ośrodki wczasowe, dziś te same pieniądze dzielą między pracowników, co ma ten plus, że co roku można sobie pojechać w inne miejsce albo nie jechać nigdzie (tylko remontować mieszkanie).

Ale, ale… nie tak prosto. Najpierw trzeba złożyć wniosek, a do wniosku dołączyć oświadczenie o dochodach rodziny w poprzednim roku. Przy czym te dochody wylicza się według może nie skomplikowanego, ale wymagającego przedzierania się przez rubryki PIT-ów wzoru. A jeszcze wcześniej trzeba wziąć udział w zebraniu, na którym załoga debatuje nad podziałem środków, czyli zastanawia się, czy lepiej zarabiający mają dostać o 200 czy o 300 złotych mniej od zarabiających gorzej. Zawsze myślałem, że najprościej dać każdemu po równo i nie pitolić się z oświadczeniami, wyliczeniami i komisjami. Ale podobno tak nie wolno – ma być zróżnicowanie.

Tyle tylko, że to różnicowanie jest de facto zrównywaniem. Jeśli zarabiasz więcej – dostajesz mniej i w efekcie wszyscy mają (trochę bardziej) równo. Da się to jakoś uzasadnić, ale mnie te uzasadnienia nie przekonują. Moim zdaniem szkoda czasu, a poza tym każde dzielenie pieniędzy kończy się sporami i kwasami. Czy emeryci mogą się ubiegać co roku czy raz na trzy lata? Dlaczego dzieci też dostają, skoro jest 800+? I tak dalej… Zawsze znajdzie się ktoś, kto szuka dziury w całym. Ja też lubię sobie pogadać, pospierać się dla zasady. Zatem przekonuję zwolenników progresywnych stawek gruszkowych, że lepiej gruszkę podzielić na równe kawałki.

A co powiecie – mówię im – o sytuacji, gdy składamy się na prezent dla kolegi obchodzącego imieniny albo odchodzącego na emeryturę? Też będziemy obliczać, ile kto zarabia, i brać mniej od tych biedniejszych? Już widzę, jak wszyscy pokazują swoje zeznania, jak wspólnie wyliczamy należne kwoty. W rzeczywistości są przecież tylko dwie opcje: „składamy się po dwie dychy” albo „każdy daje, ile uważa”. Owszem, bogatsi (na przykład kadra kierownicza) mogą poczuć się w obowiązku dać więcej albo nawet w nagłym przypływie fantazji krzyknąć: „to ja stawiam” (dotyczy zrzutek na świętowanie wspólnego sukcesu), ale raczej honorowo dajemy po tyle samo. Nie przekonałem, no to idę dalej…

Można by iść dalej waszym tokiem rozumowania – mówię, chcąc sprowadzić ich tok do absurdu – i w piekarni ustalać cenę bułek dla każdego indywidualnie. Przychodzisz do sklepu, przedstawiasz zaświadczenie o dochodach i pani wylicza ci na podstawie przeliczników cenę danego towaru. Nareszcie byłoby sprawiedliwie, tak? No nie, za długo by to trwało – to jest ich argument. No to koniec dyskusji – każdy w poczuciu zwycięstwa udaje się na urlop pod swoją gruszę i liczy przelane na konto pieniądze.

Radosnych, głęboko przeżytych Świąt Wielkanocnych, odnowy ducha i ciała. Do życzeń dołączamy felieton i zdjęcie.POSZCZĘ ...
02/04/2026

Radosnych, głęboko przeżytych Świąt Wielkanocnych, odnowy ducha i ciała. Do życzeń dołączamy felieton i zdjęcie.

POSZCZĘ ŚCIE

Wielki Piątek – jeden z dwóch dni w roku, w które nakazany jest post. Kiedyś była jeszcze Wigilia, ale od 2013 roku to już tylko kwestia tradycji. Jeśli ktoś po grzybowej, karpiu, śledziach, kapuście z grochem i makiełkach miałby ochotę na golonkę – to proszę bardzo. Ja podziękuję. Zatem została Środa Popielcowa i Wielki Piątek. W te dni obowiązuje (wierzących) wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ilościowy, czyli jeden posiłek do syta.

Problem w tym, że jeden posiłek do syta to ja jem na co dzień – taki obiad przechodzący w kolację. Co zatem mam zrobić, by Wielki Piątek jakoś wyróżnić? Podobny problem mają chyba wierzący wegetarianie, którzy mięsa nie jedzą w ogóle. Jak się więc mają powstrzymywać? Mogą sobie wymyślić coś w zamian – nie jeść słodyczy na przykład. A jeśli ktoś nie lubi słodyczy? Ma nie jeść soi? Powstrzymać się od ciecierzycy? Zostaje mu niekonsumowanie Internetu, wstrzemięźliwość od mediów społecznościowych czy coś w tym rodzaju.

Ja idę na całość i nie jem nic – piję tylko wodę. Taki 24-godzinny post wzorowany na prozdrowotnych głodówkach. Tyle tylko, że dobrze się wtedy czuję – zarówno psychicznie (umysł się wyostrza – aż szkoda, że tego felietonu nie będę pisał jutro), jak i fizycznie (nawet biega mi się lepiej). Trudno więc w tym przypadku mówić o umartwianiu, o jakimś specjalnym wyrzeczeniu. Zostaje mi chyba klęczenie na twardej podłodze.

Podobno najważniejsze są intencje – chodzi o poszczenie głównie dla rozwoju duchowego, walory zdrowotne mogą być jedynie „skutkiem ubocznym”. O wyrzeczenie, odmówienie sobie przyjemności, skupienie. Pomyślałem, że dobrym pomysłem na duchowe skupienie byłoby wysłuchanie „Pasji według św. Mateusza” Bacha – muzyki uduchowionej do granic ludzkich możliwości, w dodatku bardzo na czasie. Słucham na próbę w Wielki Czwartek i podoba mi się. Daje mi przyjemność, większą niż współczesne przeboje, przyjemność czysto zmysłową. Po prostu przyjemnie mi się słucha – znowu nici z umartwiania. Pewnym rozwiązaniem byłoby słuchanie sacro polo (gatunek muzyczny łączący religijne pieśni z aranżacjami w stylu disco polo), ale to z kolei ociera się o estetyczne, a może i dosłowne bluźnierstwo.

Szukam informacji o ekstremalnych drogach krzyżowych – nocna wędrówka co prawda także byłaby przyjemnością (lubię piesze wycieczki), ale może gdyby padał deszcz… gdybym założył za ciasne buty… Szukam informacji i okazuje się, że wszystkie były już w marcu. Ale czytam, że „w czasie EDK obowiązuje reguła milczenia”. To coś dla mnie: powstrzymać się od gadania, od mielenia ozorem bez ładu i składu, od żarcików, bon motów i smal talków – prawdziwe wyrzeczenie. Tyle że… za trudne. Może chociaż ze trzy godziny się uda.

Adres

Zgierz

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 06:00 - 23:00
Wtorek 06:00 - 23:00
Środa 06:00 - 23:00
Czwartek 06:00 - 23:00
Piątek 06:00 - 23:00
Sobota 07:00 - 23:00
Niedziela 07:00 - 23:00

Telefon

+48669413512

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Fundacja SNG Kultura i Sport umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij