22/04/2026
9️⃣5️⃣ lat temu urodził się Czesław Adamusik,
ocalały ze 🩸zbrodniczej pacyfikacji ludności cywilnej powstańczej Woli, z tzw. 🩸Rzezi Woli.
🟢Przedstawiamy Państwu wspomnienie Czesława Adamusika złożone dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.
🟢Wspomnienia ocalałych ludzi, stanowią dla nas nie tylko cenne świadectwa, ale również obraz niewyobrażalnych zbrodni niemieckich dokonanych na ludności cywilnej powstańczej Warszawy.
"5 sierpnia gdzieś dwunasta może była, pierwsza, może w pół do pierwszej, jakieś w obiad, ktoś wpadł na podwórko i krzyknął: „Chowajcie się, bo »ukraińcy« idą! Zaraz wejdą do naszego budynku, na nasze podwórko!”. Myśmy tylko się pochowali do klatek schodowych. Potem wpadli z pistoletami w ręku jak rozwścieczeni i krzyczeli, żeby wychodzić z klatek schodowych na środek podwórka. Myśmy wyszli na środek, z klatek powychodziliśmy. Nie pozwolili nikomu wziąć ani jednej paczki, tobołka. Ktoś chciał coś wziąć, żeby miał, bo nie wiedział czy wróci. Nawet śniadanie chciał wziąć, też nie wolno mu było, z gołymi rękoma [wyszliśmy]. Każdy, kto miał, trzymał, to musiał na podwórku zostawić, oni nas wszystkich potem, było może około dziewięćdziesiąt, stu osób, wyprowadzili przed bramę na ulicę, a tam już na nas czekała jakaś grupka, ze dwadzieścia osób. Nie znałem tej grupy, nie wiem, skąd oni [ich] przyprowadzili, może z innego budynku, ale w każdym bądź razie dołączyli tą małą grupę do naszej i około stu dwudziestu osób było.
Zaczęli nas pędzić ulicą Gostyńską w stronę ulicy Górczewskiej. Górczewska z Gostyńską się łączyła przy wiadukcie kolejowym, jak teraz w tej chwili jest na Górczewskiej wiadukt kolejowy, to tam łączyła się nasza ulica. Doprowadzili [nas] na Górczewską pod wiadukt. Troszkę skręciliśmy w prawo do wiaduktu, w Górczewską skręciliśmy może z pięćdziesiąt metrów. Przeprowadzili nas pod wiaduktem i idąc od ulicy Młynarskiej, to po lewej stronie wyszliśmy, takie jest pomieszczenie, tam w tej chwili ten teren jest ogrodzony siatką i tam jakaś zabudowa niewielka też w tej chwili jest na polu. Ustawili nas właśnie tyłem do ulicy, staliśmy właśnie przodem do placu. Może pięćdziesiąt metrów miał szerokości, długości; w stronę muru też było ze siedemdziesiąt metrów i po lewej ręce mieliśmy tory kolejowe. Tak stanęliśmy i patrzymy, co tu się dzieje. Tam na placu rosło kartoflisko. Za tym placem – mówię, tak ze siedemdziesiąt metrów, sześćdziesiąt – był mur betonowy, dwa i pół metra wysokości i dochodził w prawo do tego aż takiego budynku, [który] był po prawej stronie, szczytem odwrócony, tyłem do tego pola, tak że to była naturalna ściana tego pola, ten budynek. Na przodzie mieliśmy mur betonowy, a lewa strona była wolna i tył Górczewskiej. Nas wyprowadzili, to stanęliśmy tyłem do ulicy Górczewskiej, a tam po drugiej stronie Górczewskiej, vis-à-vis zaraz, też rozstrzeliwali ludzi i to bez przerwy, cały czas. A myśmy stanęli tak tutaj przed tym polem i tak się patrzymy, co będzie.
Pierwsze moje spostrzeżenie na tym polu – spojrzałem tak trochę lekko w prawo pod mur od budynku, a pod tym murem już leżała sterta trupów, nawet dwie sterty trupów. W każdej było może ze dwadzieścia osób tak porzucanych, już rozstrzelanych. Domyślaliśmy się, że prawdopodobnie na tym polu zostali przed nami rozstrzelani, bo jak nas postawili tyłem do Górczewskiej, to przed nami, jakieś może dwa, trzy metry, były poustawiane ciężkie karabiny maszynowe na nóżkach w tamtym kierunku, w kierunku muru. Jak zobaczyliśmy tych właśnie rozstrzelanych, to wiedzieliśmy, że na pewno tutaj, właśnie tu z tych karabinów przed nami rozstrzelali już jakąś grupę. Ci ludzie niektórzy jeszcze byli prawdopodobnie [żywi]. Stali, pod mur poszli, może ranni byli, oni wszystkich potem, co się poprzewracali, porzucali pod mur i niektórzy byli jeszcze ranni i żyli. Jeden, pamiętam, z panów, to wrażenie zrobiło na mnie duże, jak tam staliśmy przy ulicy, a oni byli od nas ze dwadzieścia metrów, pod murem leżeli, podniósł głowę lekko, już tak z wysiłkiem głowę podnosił i patrzył się na nas, przyglądał się. Pewnie myślał, że też i z nami to będzie niedługo.
A my stoimy i nie wiemy, co [się stanie]. Podejrzewaliśmy, że nas tu rozstrzelają, po to tu przyprowadzili. W końcu jeden z „ukraińców” krzyknął, żeby jakiekolwiek złoto ktoś ma, obrączki, pierścionki, kolczyki, wszystko musi oddać, wszystko powyciągać. Matka moja miała, pamiętam, kolczyki – oddała. A mój ojciec w tym momencie, kiedy nas, bo jeszcze nie powiedziałem, zabierali z podwórka właśnie, jak tylko wpadli, gdzieś się podział, gdzieś uciekł z innymi, gdzieś dalej, i moja siostra również ze swoim mężem też, tylko ja byłem wzięty z matką w tej grupie. Ojciec nie wiedział, co się dzieje ze mną, a my nie wiedzieliśmy, co dzieje się z ojcem. Potem powiedzieli tak – żeby złoto oddawać, to matka oddała, wszyscy pooddawali. Chodził z czapką, wojskową czapkę zdjął, wzdłuż szeregu i każdy mu wrzucał to złoto, co kto miał. Tak podejrzewaliśmy, że teraz każą nam iść na rozstrzał, a po chwili już tam ktoś krzyknął: „Wyciągnąć kenkarty!”. Te dowody osobiste niemieckie były, kenkarty mieliśmy. To nadzieja wstąpiła w nas, bo już ludzie zaczęli płakać, lamentować, bo już czuli, co będzie. Jak powiedzieli, że „Wyjąć kenkarty”, to jakoś tak troszkę się uciszyło. Każdy uważał, że może dowody sprawdzą, to głównie były dzieci, kobiety, a mężczyzn było może jeden na dziesięciu po prostu, kto mógł młodszy… Mężczyźni byli nawet nie tylko starsi, ale i młodsi też, w średnim wieku. Pozostawali tylko ci, którzy nie chcieli opuścić swoich rodzin, żony, dzieci i tak dalej, byli do końca z nimi. Jak powiedzieli „kenkarty”, to matka wyjęła kenkartę i wszyscy też trzymali w ręku, czekali. Czekali, jak przejdą i będą sprawdzać. Nie sprawdzali, tylko z tymi kenkartami w pewnym momencie powiedzieli: „Pod mur!”. Myśmy nie chcieli ruszyć, dopiero wtedy lament powstał, jedni płakali, inni się modlili, inni klękali przed nimi, prosili, żeby przebaczyli, żeby nie rozstrzelali, inni bluźnili, klęli jak tylko mogli. Różne reakcje były ludzi. Myśmy stali, nie chcieli po prostu ruszyć się stamtąd, to dopadli do nas z karabinami i nas bagnetami zaczęli popychać, to kłuło po prostu, żeby iść na środek na to pole. Nas od chodnika, co przy ulicy był, na pole wypchnęli po prostu siłą. Już każdy zrezygnowany był, poszedł na środek pola, myśmy wszyscy byli w odległości od nich tak, jak mniej więcej do muru jeszcze mieliśmy, pod który nam kazali pójść. Ale jak się znaleźliśmy na środku pola, to nie staliśmy w żadnym dwuszeregu, nie, tylko się grupki małe potworzyły, głównie rodzinne grupki. Ja z matką tylko byłem, stałem, ale obok mnie tam inne rodziny były z dziećmi i tak dalej, i tak w nieładzie żeśmy stali. To oni widzą, krzyczą, żebyśmy dalej tam szli, pod mur, a my nie, tylko tak żeśmy sobie na środku stali. W pewnym momencie oni do tych karabinów, położyli się przy nich i mieli zamiar strzelać z tych karabinów maszynowych, tak jak stoimy po nas, bo myśmy nie chcieli tam dalej pójść. A jeden z naszych, z tej naszej grupy, krzyknął: „Zobaczcie! Będą strzelać! Kładźcie się na ziemię!”. Myśmy się wszyscy rzucili twarzą do ziemi, ja również się rzuciłem z matką twarzą do ziemi. Matka wtedy, jeszcze zaczym się rzuciliśmy, to nie tylko my, ale wszyscy się w ogóle żegnali, płacz, lament, uściski, ostatnie pożegnania. Matka mnie przytuliła mocno do siebie, już nic nie mówiła, tylko spojrzałem w górę na matkę, to jej ciurkiem łzy leciały w tym momencie, ale jak widzieliśmy, że mają zamiar strzelać, to żeśmy się wszyscy już położyli i wszyscy leżeli. Nikt nie wstał, tylko każdy leżał i to twarzą do ziemi, bo może gdyby się twarzą do góry normalnie położył, to by człowiek nie wytrzymał i oni też by może szybciej widzieli, kto żyje, kto nie żyje, ale jakoś tak odruchowo twarzą do ziemi się pokładliśmy. Później jeden koło drugiego [leżał]. To było dosyć dużo, około stu dwudziestu osób w ogóle, to było pole, że między nami potem chodzili. Jak myśmy się położyli, to wtedy już nie mogli z karabinów maszynowych strzelać, bo lufy były ustawione takim pod kątem, żeby właśnie pod ten mur nas [ustawić i] rozstrzelać. Leżymy tak, a po chwili weszli między nas, weszli na pole i zaczęli strzelać z broni ręcznej, a na tym polu rosły (to był sierpień) kartofle, jeszcze niewykopane, kartoflisko takie, łęciny, były jeszcze niewykopane kartofle. Jak matka rzuciła się twarzą do ziemi, to akurat trafiła, ale już się nie poprawiła, na podwyższenie, na bruzdę po kartoflach. Była troszkę wyżej ode mnie, a ja trochę byłem niżej od matki. Matka wtedy koło mnie się położyła, wzięła mnie, miałem ją po prawej stronie, lewą ręką objęła za szyję, tak mnie wzięła [objęła], to miałem szyję jej ręką, to ja wtedy prawą rękę, co miałem przy matce, wziąłem pod spód i matkę złapałem tak za kciuk i trzymałem, ściskałem mocno, czułem, jak matce puls bije w palcu. Lewą rękę swoją wyciągnąłem ponad głowę i tak miałem rękę [wyciągniętą ponad głową], tak leżała, a tu matkę trzymałem. Weszli, zaczęli strzelać. Po prostu chodzili, nie widziałem ich w ogóle, ani matka, ani nikt, każdy leżał twarzą [do ziemi], a oni podchodzili i strzelali i tak postrzelali ze dwadzieścia minut. Oczywiście, odezwały [się] głosy: „Dobij! Dobij!”. Jeden krzyczał: „Dobij!”, drugi ich wyzywał od najróżniejszych, klął i tak dalej, różnie się zachowywali. Postrzelali tak ze dwadzieścia minut, pochodzili między nami i odeszli do chodnika, gdzie stały cekaemy, z powrotem odeszli do ulicy. Nie było ich jakieś piętnaście, dwadzieścia minut, może tak gdzieś pół godziny. Nikogo nie było wtedy na polu, tylko były jęki. W pewnym momencie czuję, że matce puls słabiej bije. Bije, ale tak jakoś coraz to mniejszy, mniejszy, mniej wyczuwalny. W pewnym momencie słyszę, że matce we wnętrznościach, w brzuchu tak jakby się woda przelewała, a jeszcze bałem się odezwać i zapytać matki, czy żyje, bo po prostu strach mi nie pozwalał zapytać się matki i dowiedzieć się, że już nie żyje po prostu. Bałem się tego słowa, zapytać: „Mamo, czy żyjesz, czy nie?”. W tym momencie, jak puls już przestał w ogóle bić, przelewanie się we wnętrznościach również ustało, poczułem bok mokry, cały bok miałem mokry. Matka, ponieważ wyżej troszkę leżała, to cała krew, widocznie musiała dostać. Nie wiem, gdzie strzelili, w serce albo w głowę, bo nie jęczała, nie narzekała, nic ją nie bolało, widać, tylko od razu straciła przytomność i dosyć szybko straciła życie. To musieli strzelić nie wiem gdzie, w każdym bądź razie krew spływała z tej górki, z matki, wszystko na mnie. Miałem pół boku we krwi matki, noga po prostu się nurzała w tej krwi.
Później szli drugi raz i drugi raz patrzyli, kto jeszcze żyje, kto się rusza i zaczęli znowu strzelać. Koło mnie przechodzili i tak dalej. To myślę: „Pewnie na mnie kolej przyszła”. Za każdym razem drżałem cały, pod sztywną ręką matki leżałem, ale po drugim razie już odeszli, tak z pół godziny postrzelali i znowuż odeszli. Nie wiedzieli, kto żyje, kto nie, tylko jak trafili, bo każdy twarzą do ziemi leżał, a nie odkręcali ludzi, żeby patrzeć. Odeszli znowuż do ulicy, a ja w tym momencie, jak odeszli, wiedziałem, że już matka nie żyje, bo pytałem jej po tym, jak odeszli: „Mamo, żyjesz?”. Matka się nie odzywała. „Żyjesz czy nie? Odezwij się”. Potrząsnąłem matkę, nawet ręką [nie ruszyła], to już byłem pewien, że nie żyje, bo tak to by się matka już odezwała, powiedziałaby, czy żyje, czy nie żyje, „Jestem ranna” czy jak. Wiedziałem, że nie żyje. Jak po raz drugi odeszli do ulicy, a ja jeszcze żyłem i nie byłem ranny, to tak troszeczkę głowę uniosłem do góry i spojrzałem na moją lewą rękę. Na lewym ręku miałem skrzepniętą krew i to dosyć grubo napryskane i ta krew skrzepła. To sobie myślę; „Czy to moja krew, czy nie?”. Ale nic mnie nie boli, tak trochę ręką poruszałem, mówię: „Wszystko w porządku”. Okazało się potem, że ci ludzie, którzy koło mnie w pobliżu leżeli, jak strzelali, krew pryskała i mi tę drugą rękę krew popryskała i to się zsiadło. Prawy bok miałem we krwi i to dobrze [mocno] we krwi – prawie że pływałem w krwi matki, na lewej ręce miałem tu krew skrzepniętą, a jak koło mnie chodzili, to ja się nie ruszałem. Po raz trzeci przyszli, coraz mniej głosów było słychać: „Dobij” czy „Nie dobij”. Bo już coraz mniej ludzi żyło. I tak przyszli trzeci raz i za trzecim razem widocznie moja noga im przeszkadzała, bo byłem wyciągnięty, to podsunął pod moją nogę but swój i tak przerzucił na bok. Był przekonany, że nie żyję. W jakim ja stanie, widział, że jestem, to udałem po prostu, na tyle miałem rozumu jeszcze jako trzynastoletni chłopak, [wiedziałem], że muszę teraz udawać trupa. Tak przerzucił nogę i tak ta noga została, już nie ruszałem i przeszedł gdzieś dalej. W pewnym momencie któregoś… I znowuż odeszli i znowuż potem przyszli czwarty raz, to zaczęli strzelać, to ja już po prostu tak odrętwiałem, że mówię: „Chyba już czy się poderwę, czy jak? Nie wiem, bo nie wytrzymam dłużej”. Ale już cały byłem zdrętwiały, bo nie mogłem drgnąć, ruszyć się w ogóle, bo jak się ruszę, to zobaczą i zastrzelą. Jak przyszli po raz czwarty, to stanęli tuż nade mną, to słyszałem jak w karabinie ładuje kulę do zamka, ale to dosłownie nade mną to czułem. Mówię: „To teraz pewnie ja”. Już byłem przygotowany na to i potem strzał taki był, że aż mi w uszach dudniło, ale dalej czuję, że nie jestem ranny i żyję na razie jeszcze. Potem zaczął rozmawiać z drugim „Ukraińcem” i odeszli kawałek dalej znowuż i tam dalej rozstrzelali. Okazuje się, ktoś blisko mnie musiał leżeć i strzelili w niego. I tak było chyba ze sześć razy. Przyszli jeszcze raz, przyszli z powrotem, tam jeszcze gdzieniegdzie, ktoś jeszcze tam [żył], strzelili, dwa, trzy wystrzały było słychać. Potem już odeszli i jeszcze raz przyszli, jak już robiło się szaro, już tyle godzin. Od godziny gdzieś pierwszej, a w miesiącu sierpniu, to godzina która? Dziewiąta czy dalej to dopiero się ciemno robi, to do tych godzin bez przerwy tak przychodzili, odchodzili, strzelali. Ostatni raz jak wyszli, to już było szaro i pochodzili, pochodzili i żadnego strzału nie było. Uważali, że już nikt nie żyje, i odeszli sobie. Zostawili nas. Żeby naszych trupów brali tak jak poprzedników naszych, od razu pod mur uprzątali, to wtedy bym musiał się okazać, że żyję i inni też ewentualnie, dlatego że by człowiek nie wytrzymał, wolałby być zastrzelony, niż by się miał potem spalić na stosie, żeby się palił. Ale jak odeszli, to była cisza kompletna, trupów nie sprzątali.
Sobie tak myślę, leżę i mówię: „Co mam teraz robić?”. Z tyłu na Górczewskiej, tam jak plecami staliśmy, gdzie stoi w tej chwili pomnik, że w dniach [od] 1 do 5 sierpnia rozstrzelano dwanaście tysięcy osób, po drugiej stronie Górczewskiej stoi krzyż w tym miejscu, tam rozstrzelali, tam był barak, który się palił. Okazuje się, w tym baraku, coś w formie stodoły, jak na wsi mają, jak rozstrzeliwali osoby po tamtej stronie, to od razu uprzątali i rzucali do tego baraku. Potem, jak już trupów było pełno, dużo, wysoko dosłownie, to podpalili i to się paliło. To się paliło również właśnie, jak tam leżałem, myśmy leżeli już, już po rozstrzelaniu, można powiedzieć, to widno było, iskry leciały do góry, noc była księżycowa, księżyc w pełni był, widniutko było, tu się pali, tam się pali. Mówię: „Gdzie tu ruszyć? Jak tu człowiek podejdzie?”. Jak tak widziałem troszeczkę, wiedziałem, że ich nie ma, to tak trochę głowę pochyliłem, chciałem wyjrzeć, to: „Wszędzie widno” – mówię. A niemożliwe, żeby nie było Niemców czy „ukraińców” tutaj, jakiejś wachy czy coś, bo jak ktoś się ruszy, to go mogą zastrzelić, ale tak sobie leżę i mówię: „Ale leżeć tutaj do rana, to też albo mnie rozstrzelą albo mnie spalą potem. W każdym bądź razie żyję, to mnie zastrzelą”. I mówię: „Co tu zrobić?”. To była może godzina dziesiąta i z tego wszystkiego, jak tak myślałem, to usnąłem wbrew mojej woli, bo zamierzałem mimo wszystko uciekać, po prostu wyczołgać się do torów kolejowych i przez tory, trafią, to trafią, nie, to nie, uciekam na Warszawę prosto, ale usnąłem.
Potem obudził mnie szelest liści, łęcin ziemniaczanych. Tak nasłuchuję, a tam ktoś jakby z prawej strony od tego muru, co ten budynek, tam trupy leżały, te dwie sterty, ktoś tam się zbliża. Gdzieś szum, szelest słyszę, po chwili znowuż ucichło, za chwilę znowuż szelesty, ktoś się zbliża w moim kierunku tak od strony głowy w przodzie ktoś idzie. Ja się bałem strasznie, bo myślałem: „Albo »ukraińcy«, albo ktoś inny, może tu jeszcze przyszli patrzeć, kto jeszcze żyje?”. Człowiek różnie myślał w tym momencie. Bałem się, cały się trząsłem, ale coraz bliżej podchodzą, to wyraźną mowę zaczynam słyszeć, tylko nie mogę jeszcze usłyszeć, po jakiemu mówią. Już się zbliżyli i tuż przed moją głową, tak przechodzili w bok, zatrzymali się, może to parę centymetrów ode mnie było. I słyszę, rozmawiają po polsku. Mówię: „Chyba tak jak ja ocaleli, w ten sposób”. Tak troszkę głowę [pod] matki ręką do góry uniosłem, to drgnęli i spojrzeli na mnie i widzą, że żyję i mówią tak: „Ranny jesteś?”. A ja mówię: „Nie”. „To dołącz do nas, będziemy uciekać”. Do nich dołączyłem. Tam było tak – dwie dziewczyny wtedy uciekły, po dziewiętnaście lat miały, chłopak, lat piętnaście, dwa lata ode mnie starszy, był trzeci, czwarta była kobieta, lat czterdzieści, która była ranna w obie nogi. Miała w łydkach takie dziury, żeby jej po prostu pięść weszła i krew jej uciekała bez przerwy, cały czas. Tak osłabiona była, że nie mogła [iść]. Jeszcze czołgać, to się czołgała na czterech [kończynach]. Jak myśmy się czołgali, to ona również. To nas było pięć osób i tak się dołączyłem do nich i zaczęliśmy się od trupów oddalać właśnie w stronę torów kolejowych, bo mieliśmy zamiar w pewnym momencie, jak dojdziemy już do chodnika, bo tam był też chodnik przy torach kolejowych, mieliśmy się poderwać i po nasypie szybko, szybko [przebiec]. A tam jedna pani mówi: „No tak, ale jak będziemy uciekać, to nas zastrzelą, bo tu wszystko widać”. A my mówimy: „Ale jak tu będziemy do jutra czekać, to nas też zastrzelą. Tak że kto ryzykuje? Albo trafią, albo nie trafią. Rozejrzymy się, a nie będzie blisko nikogo, to ruszymy”. I tam w tym miejscu, gdzie żeśmy się zatrzymali, wysokie zielsko rosło. Jak żeśmy się tam położyli, to dosłownie nas nie było widać, a koło tego zielska był dół wykopany, może półtora metra szeroki, głęboki może z metr, pół metra. W ten dołek tak żeśmy powchodzili, mówią: „Odpoczniemy troszkę i wtedy dopiero ruszymy przez tory”.
Jak żeśmy odpoczęli, to usnęliśmy, jak na złość. Wszyscy usnęliśmy, cała nasza piątka. Pierwszy uklęknąłem na ziemi na klęczkach i patrzę – wszyscy czworo, pozostali, śpią. Spojrzałem w lewą stronę, nikogo nie widać, a tak myślałem, że to jeszcze nie rano, że myśmy tak króciutko spali. Tak mi się wydawało, że to noc taka widna, że księżyc świeci, ale potem patrzę, tak się przypatruję, tak rozglądam, że to się rozwidnia, widzę, że to już rano jest, to już następnego dnia, to był 6 sierpnia już, rano. Tak się patrzę, oni wszyscy śpią, a za chwilę spojrzałem potem w prawym kierunku – tutaj trupy mieliśmy z prawej ręki, tak jak byliśmy, bo tu zostawiliśmy, a tu tory były – ja się spojrzałem, a „ukrainiec” idzie od strony tak, jak parkan był do rozstrzału, tylko nie od parkanu, tylko od ulicy szedł. Sprawdzić szedł pewnie, kto jeszcze żyje, kto nie, na egzekucję naszą. Poszedł tam i tam idzie, w tamtym kierunku, tak po skosie. Tam leżą trupy, my tu jesteśmy, on tak po skosie w tym kierunku [idzie]. Jak był niedaleko trupów, akurat spojrzał na mnie, że klęczę. Tak się patrzy na mnie, a ja się patrzę na niego. To kilka sekund trwało, dosyć długo tak. Nic nie mówię, patrzę, a oni dalej śpią, te cztery osoby. On nie wie, co robić? Ten „ukrainiec” tak się rozgląda, patrzy w stronę trupów, po polu się rozgląda, czy jeszcze gdzieś kogoś nie spotka, że ktoś żyje, ale w pewnym momencie już wziął karabin i zaczyna do mnie mierzyć. Nawet słówka nie powiedziałem, nawet nie drgnąłem, nic nie wypowiedziałem, żadnego dźwięku nie wydałem, a w tym momencie te cztery osoby jakby za sznureczek pociągnął podnoszą się i to jednocześnie, dosłownie. „To jakiś cud – mówię – nic innego”. A ja ich nie mogłem obudzić, bo słówka nie powiedziałem. Mówię: „Strzeli we mnie, trudno, jak ich zobaczy, to ich zastrzeli; jak ich nie zobaczy, że żyją, to pójdzie dalej, a oni może wtedy uciekną”. I te cztery osoby [podniosły się]. W momencie kiedy już do mnie miał [strzelić], już za cyngiel pociągnąć, zobaczył, że te cztery osoby się podniosły, to wtedy tak jakby troszkę zbaraniał, opuścił karabin i tak się już nerwowo rozgląda, że mnie jednego widział, potem cztery [osoby]. Po polu się zaczyna rozglądać, patrzy tak po tym całym [polu], ale potem po chwili podchodzi do nas, zbliżył się na odległość może pięciu kroków, podnosi karabin i zaczyna do nas mierzyć. Te właśnie dziewczyny młode, co miały po dziewiętnaście lat wtedy, zaczęły okropnie krzyczeć. Krzyczały: „Nie zabijaj mnie!”. Zaczęły krzyczeć, płakać, i tak dalej, a ten nie, tylko już prosto mierzy po kolei, jeszcze nie zdążył [strzelić], na cynglu już palec trzymał, a tam usłyszeliśmy w pewnym momencie po chodniku od strony torów kolejowych, że polem szło trzech niemieckich oficerów. W ostatniej sekundzie, ułamku sekundy, krzyknął Halt! któryś. Ten „ukrainiec” drgnął, to ułamki sekund działały już wtedy, i zobaczył, że na nas Niemcy kiwają palcem, wołają do siebie, a mieliśmy do chodnika jeszcze ze dwadzieścia metrów. Tak mieliśmy dojść do chodnika, jak planowaliśmy ucieczkę, uciekać przez tory, ale nie, usnęliśmy tam, to ci Niemcy wołają. Stali na chodniku, a my idziemy. To jak „ukrainiec” zobaczył, że nas wołają, to poszedł dalej w stronę trupów, gdzie zamierzał iść. To idziemy, a kobieta, która była ranna, dwa kroki podejdzie, upada, bo już nie miała siły iść, osłabiona była, to jej tam pomagamy. Jedna z jednej strony, druga z drugiej, pod rękę, „Niech pani idzie – mówią – wszystkimi siłami, jak tylko może”, po cichu mówimy, ale nie była w stanie. Trzy, cztery kroki, już upadła, my już podnosimy i tak aż doszliśmy do Niemców. Właściwie ona tak co trzy, co cztery kroki upadała. Tuż przed chodnikiem ci Niemcy stali, powiedzieli nam, pokazali, żeby tu stanąć, tam cztery osoby stanęliśmy na chodniku, a ta kobieta akurat przed nimi może pół kroku, krok upadła na kolana. Na kolanach była, bo już była bardzo słaba, nie mogła nawet stanąć na nogi. Stanęła na kolanach, podparła się rękoma i tam na czterech [kończynach] ledwo dyszała. Niemiec podszedł do niej, na moich oczach, patrzyłem w tym momencie, strzelił jej w plecy, ona tak na twarz upadła i ją tam zostawił. A nas, cztery osoby, chodnikiem za mur jeszcze dalej [poprowadzili]. Tam były jeszcze warsztaty kolejowe wtedy. Ogromne, duże baraki, puste były, tak że oni prowizoryczny obóz tam zrobili. Niektórzy mieli szczęście, że jak ich wyprowadzili z domu, to jak było pole zajęte, na przykład jak akurat inną grupę rozstrzeliwują, to wtedy tych ludzi zaprowadzali tam do baraków właśnie, do warsztatów kolejowych, do obozu. A jak było wolne pole, tak jak nas przyprowadzili, tamtych rozstrzelili, uprzątnęli, to nas na rozstrzał.
My nie wiedzieliśmy, gdzie nas prowadzą, cztery osoby. Jak tam troszeczkę kroku zwalnialiśmy, to tam nas karabinami popychali, żeby szybciej iść i tak przeszliśmy ze sto metrów od tego miejsca i tam była główna brama wejścia do warsztatów kolejowych. To były ogromne hale, bo ja wiem, porównanie wielkością tylko może być terytorialnie do supermarketów w tej chwili, tylko że wyżej były różne wzniesienia, to było oblepione ludźmi. Okazało się, że na starej Woli, jak wyprowadzali ludzi, to przyprowadzali do tego obozu, dlatego że po prostu może nie mieli gdzie rozstrzeliwać albo trafili na innych Niemców, którzy ich tu przyprowadzili. Tak że tam może dziesięć tysięcy narodu, może tak, może jeszcze więcej. Jak nas tam Niemcy doprowadzili do bramy, to tam dwóch oficerów niemieckich było w tej bramie i coś do siebie Niemcy porozmawiali i kazali nam wejść, tak ręką dali znak, żeby wejść na teren tych warsztatów. Myśmy tam weszli wtedy, ponieważ myśmy się nie znali, te cztery osoby nawzajem, co ocalały, to nasze drogi się już tam rozeszły. Każdy w swoim kierunku poszedł.
Z podwórka nam kazali wejść do warsztatów, do środka, dopiero zobaczyłem ileż tam narodu, jak strasznie dużo. Ścisk, w ogóle gdzie się nie spojrzało, to tak jak na stadionie przy ciekawym meczu piłkarskim, tyle narodu tam było. Nie wiedziałem, co z moim ojcem, bo mnie wzięli i matkę tylko, ojca wtedy nie było. Aha, i jeszcze chciałem nadmienić, że wtedy kiedy już nam kazali, że wiedzieliśmy, że na rozstrzał idziemy, to jeszcze mama powiedziała: „Dobrze, że tata i Irka – moja siostra, Irka – i Bogdan – czyli jej mąż – gdzieś uciekli, to przeżyją. Oni chociaż”. Tak powiedziała. Wtedy mówię: „Może tu ojciec [jest]?”. Tak sobie myślałem: „Może siostra z mężem [są]?”. Wszedłem tam i się pytam po nazwisku moim, nikt się nie odzywa, nikogo nie ma. Może mój ojciec się odezwie, jak swoje nazwisko powiem, nie odzywa się nikt, bo tam ludzie sobie głos podawali. Jak się pytał o nazwisko Kwiatkowski czy inny, to: „Jest taki a taki?”. I tam dalej podawali znowuż i tam dalej obiegło cały [budynek], tam jeden drugiemu pomagał po prostu, żeby [odnaleźć bliskich]. To się nikt nie odezwał, a to mówię tak: „To może moja siostra już z tego wszystkiego to nie pamięta czy pamięć straciła, czy jak? Zapytam z męża, jak się nazywa w takim razie”. To pytam, z męża Kowalska się nazywała. To pytam się znowuż: „A Kowalska?”. Tam się ktoś odzywa w kącie na dnie, nie wyżej siedział, tylko tak niżej: „Tu jest Kowalska – mówi – proszę, chodź tutaj”. Podchodzę: „Gdzie?”. „O, tu, tu”, pokazują mi tam, a to mojej siostry teściowa była. Mówi: „Siadaj tu przy mnie. Co się stało?” – pyta się. Dopiero jej wszystko opowiedziałem od początku, tak jak tutaj opowiedziałem. „Odpocznij tu teraz koło mnie”, mówi. Dała mi kawałek chleba, tam miała, bo wzięła torbę ze sobą jakąś. Miała ze sobą dwoje dzieci młodszych, bo miała czworo dzieci. Dwoje dzieci miała starszych, najstarszy był Bogdan, mojej siostry mąż, potem drugi syn miał z osiemnaście lat, to go nie było też tutaj przy niej, a miała swoich dwoje najmłodszych dzieci – Olka, był ode mnie rok młodszy, to miał dwanaście lat, i Krysię, która była ode mnie cztery lata młodsza, miała wtedy dziewięć lat. Mówi: „Siadaj koło nas, będziemy razem, wszyscy się odnajdziemy. Nie bój się. Potem gdzieś tam [nas] wyprowadzą, może jakoś się uwolnimy. To odnajdzie się ojciec, odnajdzie się Bogdan, odnajdzie się Irka i mój mąż, też o nim nie wiem, gdzie jest. Też gdzieś zniknął, nie wiem w ogóle, gdzie jest. Jakoś się odnajdziemy. Będziesz miał ojca, będziesz miał siostrę jeszcze. Nie bój się. Matki nie masz, ale jeszcze masz siostrę i masz ojca”. I tak usiadłem.
Jak nas zabrali, to było rano 6 sierpnia, może troszkę się rozwidniało, godzina czwarta, może piąta, już też szarówka była, coraz to widniej się robiło i usiadłem koło niej, położyłem jej swoją głowę na kolanach i tak przysnąłem. Spałem do godziny dziesiątej, bo jak się obudziłem, ona mnie obudziła, mówi: „Wiesz, musimy się szykować, bo ogłosili, że będą wyprowadzać, przygotować się do wyjścia, mówili. Wszystkich ludzi mają gdzieś wyprowadzić”. Wstałem, oczywiście, mówię: „Która godzina?”. – „Dziesiąta”. Tak się zdziwiłem, że tyle godzin spałem, bo to mogła być szósta rano, piąta, a do dziesiątej [spałem], bo tak byłem zmęczony. I się przygotowałem i zaczęli stamtąd wyprowadzać wszystkich ludzi. I tak całą szerokością szliśmy – jak wyszliśmy z baraku, z warsztatów, do uliczki, co wzdłuż torów prowadziła – w stronę ulicy Górczewskiej. Tam na Górczewskiej dopiero wyprostowaliśmy się i całą [szerokością], to nie to, że szliśmy szerokością pod czwórkami czy dwójkami, tylko całą szerokością w ogóle, jak była jezdnia, ulicy. Tyle było narodu. Co parę kroków szedł „ukrainiec” czy Niemiec, też z pistoletami, z karabinami i nas prowadzili z boku, żeby nikt nie uciekł, po jednej i po drugiej stronie. Jakiś czas szliśmy Górczewską. Jak spojrzałem do przodu, to nie widziałem początku tych ludzi, potem obejrzałem się do tyłu, to jeszcze tak wykręcali z tej uliczki na Górczewską, to jeszcze nie było końca widać, tak dużo było narodu. Tak myśleliśmy, mówimy: „Gdzie nas prowadzą?”.
I tak doszliśmy do Ulrychowa, skręciliśmy, w lewo nas skręcili, były druty, tak wyglądało jak w Oświęcimiu, tylko trochę może niższe te druty były, mniejsze. Za drutami był dół wielkości może 150 metrów długi, a szerokości też może ze 100 metrów, ale porośnięty trawą, wody tam nie było, o łagodnych zboczach był. Na wszystkie te doły każdy po zboczach posiadał. Obok tego dołu były różne tereny przyległe, też to wszystko za drutami. To się tam ci wszyscy ludzie zmieścili. W pewnym momencie niemieckie samoloty zaczęły niziutko latać, widocznie fotografowali, nie widzieliśmy. Inni nas straszyli, że: „No, tutaj tyle ludzi, po co mieli rozstrzeliwać tam pojedynczo, jak tu przyjadą samoloty, zbombardują i wszystkich wykończą, wszystkich powybijają”. Takie były różne przewidywania po prostu, nie wiadomo, jak było. I tak nas trzymali do godziny gdzieś…
Jak tam weszliśmy, to była godzina może pierwsza, a tak za godzinę potem, koło godziny drugiej, dochodzi do nas chłopak, cioteczny kuzyn pani Kowalskiej, zobaczył nas z daleka, doszedł i z daleka, jeszcze nie doszedł do nas, to powiedział tak: „Twój ojciec, twoja siostra Irena i Bogdan – syn pani Kowalskiej – nie żyją. Dzisiaj rano zginęli przed Szpitalem Wolskim od strony Górczewskiej”, tam od tej strony, bo tam dochodził. Wtedy prysła ostatnia nadzieja, że ojciec się może odnaleźć, że siostra się może odnaleźć, że ktokolwiek w ogóle. Ona też zaniemówiła, ta pani Kowalska, bo już jednego syna wie, że nie ma. On mi opowiedział, jak to było, bo był naocznym świadkiem, jak ojciec zginął i w jaki sposób. I powiedział tak: „Jak was wyprowadzili, oni się pochowali do piwnicy, a »ukraińcy« nie widzieli, że tam się pochowali. Do tego spalonego drewniaka, co 3 sierpnia spalili. Tam było niewidoczne wejście do piwnicy, cały był popiół po prostu, a piwnica stała. Tam do piwnicy się pochowali”. Moja siostra, jej mąż, mój ojciec, ten chłopak właśnie, on się nazywał, pamiętam, Heniek Marciniak, i tam jeszcze trzech mężczyzn było. Wszyscy tam pochowali się, bo jak nas wyprowadzili, to czuli „ukraińcy”, że niektórzy już tam gdzieś [się pochowali]. Tam po drugiej stronie budynku był ogród owocowy, nie od strony ulicy, ale od drugiej. Tak czuli ci „ukraińcy”, [że ktoś tam jest]. Jak jedni nas wyprowadzili na rozstrzał, to ci tutaj pozostali jeszcze i dopiero tam była strzelanina. Mówi: „Tak się kule sypały, jakby ktoś po prostu grochem rzucał, tak gęsto, bo widzieli, [że] tam się ludzie pochowali za drzewami, za krzakami, a bali się też za bardzo za daleko tam iść, dlatego tak z daleka strzelali, a nie pomyśleli, że tam w piwnicy ktoś może być w ogóle w tym spalonym budynku. Potem, jak tak postrzelali, to uważali, że chyba już wszystkich wystrzelali czy nie albo pouciekali i ci »ukraińcy« gdzieś odeszli. Odeszli z naszego podwórka, a obok był budynek przyległy do naszego budynku od ulicy, który był własnością właśnie pani Kowalskiej, mojej siostry teścia. Mojej siostry teścia był własnością właśnie ten drugi budynek. Jak oni po trosze wyjrzeli z tej piwnicy, nie widzieli „ukraińców” już, że są na podwórku, że gdzieś pewnie odeszli (bo już część odeszła, to niektórzy pojedynczy żołnierze byli), to wyszli i przebiegli przez podwórko. Od strony ogrodu polecieli do drugiego budynku, który był własnością pani Kowalskiej. Tam akurat też nie było „ukraińców” w tym momencie. Weszli do piwnicy, tam do piwnicy prowadziły na dół, betonowa to była [piwnica], schody betonowe, boki betonowe, drzwi, framugi tylko metalowe, a tak to był beton, tam nie było co, żeby coś się od czegoś mogło zapalić po prostu. Tam weszli i tam w piwnicy było małe okienko, z piwnicy wychodziło na podwórko, że widać było, co się tam dzieje. Na tym podwórku, to było od bloku ze cztery metry, a potem płot stał jeszcze taki, który grodził to podwórko, płot drewniany, dosyć wysoki był. I oni tam weszli. Potem przyszedł jeden… Nie, nie, przepraszam, to nie tak. Jak oni tam weszli, to „ukraińcy” się tak za parę minut [dowiedzieli] czy ich widzieli, jak wchodzili, tylko byli z daleka, tak że dowiedzieli się, że oni tam są. Przyszli, usadowili się z karabinami, wcelowali naprzeciwko wyjścia, jak się wychodzi z piwnicy za tym płotem, nie od strony podwórka, tylko za płotem. Nie wiem, na czym tam stanęli, na czymś musieli stanąć, bo im głowy [wystawały], bo to był dosyć wysoki płot, ze dwa i pół metra miał, a im głowy było trochę widać, hełmy, jak wystawali, to musieli na czymś stanąć, karabiny wycelowane, oparli lufy o ten płot, wycelowali w jednym kierunku naprzeciwko tego właśnie wyjścia z piwnicy, a jeden z „ukraińców” podszedł, snopek słomy skądś tam miał, przyniósł, postawił w samej bramie, w wejściu, tą słomę i podpalił. Ogień duży powstał, dużo dymu dostało się [do piwnicy], on też za płot potem poleciał. Paliło się to, mój szwagier nie wytrzymał i właśnie stąd wiem, że z pistoletem w ręku wyskoczył z [piwnicy]. Kiedy już wyszedł i był już na poziomie parteru, to zobaczyli go i puścili serię. I tak mieli lufy ustawione, że po nogach tam pojechały, tak powyżej kolan seria mu przeleciała. Poleciał jeszcze parę kroków i upadł, pod sam płot upadł. Oni po prostu bali się wyjść, żeby tam [może do nich nie strzelić]. I nie wiem dlaczego, ale w każdym bądź razie pilnowali dalej, dali jemu spokój. On po chwili zaczął [krzyczeć]. Słoma się spaliła, jeszcze się nie spaliła, a on już krzyczał. Już krzyczał: „Irena, wody! Wody!”. To złapała kubek wody, ale ją zatrzymali, bo mówią: „Gdzie lecisz? Jak dopiero tam mają lufy wystawione w to wejście, to i ty zginiesz, tak samo jak on. A poczekaj, chodź pokażę ci coś”. To siostrę tam zawołali, a ten chłopak, który właśnie mi opowiadał, potem powiem, dlaczego był naocznym świadkiem… […] Tak że moją siostrę zaprosili do okienka i pokazali przez okienko: „Spojrzyj”. Oni nie widzieli tego, takie niepozorne, małe, wąskie okienko przy samej ziemi było. „Spojrzyj – mówią – przez okienko, widzisz ich tam?”. Spojrzała i rzeczywiście za płotem było ich tam ze trzech czy czterech i pilnowali i czekali, jak ktoś wyjdzie. „Widzisz – mówi – ich? Zastrzelą cię od razu. Poczekaj, jak pójdą, zobaczą, [że] nikogo może nie ma, to dopiero go tutaj przyciągniemy, weźmiemy do piwnicy. On tam na razie leży, niech sobie spokojnie leży”. Wydawało się, że zrozumiała, ale kiedy oni się tam zajęli czymś innym, to złapała jednak wodę w kubek i wyskoczyła, bo on co rusz to krzyczał: „Irena, wody! Irena, wody!”. Nie wytrzymała tego. Złapała kubek, mimo że widziała, wyskoczyła z wodą do niego i znowuż tylko pokazała się w wyjściu, to od razu serię puścili, tak jak jemu i znowuż ją w nogi ranili tutaj powyżej kolan. Upadła koło niego, ale już wtedy byli cicho. Nic nie krzyczała, ani on, może mu powiedziała: „Bądź cicho! – czy jak – to może przeżyjemy”. Oni tam jeszcze chwilę poczekali, słoma się spaliła, tam się nie miało co zapalić, bo wszystko było murowane, betonowane i potem zeszli, oni widzieli przez to okienko, zeszli i poszli, gdzieś odeszli, nikogo już nie było. Wtedy mój ojciec i ci mężczyźni wyszli do nich, wzięli ich, pownosili do piwnicy i tam czekali do rana.
Rano się rozwidniało, jakiś P***k gdzieś się tam zakrzątnął, nie wiem, skąd się dowiedział. Przyleciał do nich i mówi tak: „Słuchajcie, rannych na ulicy Płockiej, na Górczewskiej (wejście do tego szpitala) przyjmują”. Bo widział, że są obydwoje ranni. „Ale tych, co przynoszą, to podobno rozstrzeliwują, tych co niosą, zdrowych ludzi”. Powiedział, że ci, co wczoraj wszystkich wzięli – a ojciec wiedział, że mnie wzięli, matkę wzięli – i ci, co tam byli, ich rodziny z nimi, to też ich zabrali na rozstrzał, a ci, co wczoraj wzięli, to wszystkich rozstrzelili. „Nikt nie ocalał”, mówi. Tak powiedzieli. To już ojciec wtedy dopiero się dowiedział, że matka nie żyje i że ja nie żyję. Niby nie żyję, bo o mnie jeszcze nie wiedział. I mówi tak: „To jak? Rano niesiemy ich do szpitala czy nie?”. A oni mówią: „A, ryzykujemy. Nasze rodziny nie żyją, to my możemy nie żyć. Uratujemy im może życie”. I się zgodzili, że idą nieść, mimo że była taka pogłoska, że ludzi, którzy niosą – zdrowych, nie rannych – zastrzelą, a tych przyjmą, to: „Warto – mówi – iść”. I poszli. Mojej siostrze, ponieważ była ciężej ranna, nie mogła na nogach stać, zrobili prowizoryczne takie jak nosze i tam płótno wzięli i ją nieśli na tych noszach. Mój ojciec ją niósł z jednego końca, a z drugiego końca inny z tych mężczyzn, którzy byli właśnie z nimi, zdrowy, nieśli. [Jeśli chodzi o] dwóch pozostałych mężczyzn, to mój szwagier szedł, ale wspierając się na [ich] ramionach. Mimo że też był ranny, ale lżej był ranny, że mógł iść, ale się wspierał na ramionach. Tak prowadzili mojego szwagra [we] dwóch, trzeci mężczyzna z moim ojcem moją siostrę niósł na noszach, a Heniek, ten, co właśnie mi opowiadał, obok nich szedł. I tak szli.
Doszli ulicą Płocką do ulicy Górczewskiej, skręcili w lewo i tam już szpital jest troszkę od ulicy oddalony, wgłębiony ze trzydzieści, czterdzieści metrów, nie stoi przy samej ulicy. Skręcili w chodnik, który prowadził do bramy do szpitala, a Niemcy stali w tej właśnie bramie, tak trochę rozkrokiem stali z karabinami, jeden z nich szczególnie. Wziął karabin, jak oni się pojawili już na prostej, tak naprzeciwko niego szli, i strzelił z tego karabinu maszynowego, całą serię puścił po nich. Ojca mojego ranili już tak w nogi dwie, tutaj, ojciec upadł, bo już nie mógł utrzymać noszy, ten mężczyzna zostawił [nosze], jakoś tak strzelili, że jego nie ranili, tylko ojca. On położył nosze, siostra leży ranna na noszach, tak jak była ranna, w tej chwili ta seria tylko ojca raniła w nogi, w ojca strzelili. Niemiec podszedł do nich, ten, który strzelał, tam miał ze dwadzieścia metrów może, taki kawałek, i kazał, [żeby] ci dwaj, co trzymali mojego szwagra na ramionach rannego, zaprowadzili jego i sami niech staną pod murkiem. Był murek przed szpitalem, tam rozstrzeliwali po prostu pod tym murkiem. To nie mieli wyjścia, po prostu już szli. Poszli pod murek dobrowolnie, stanęli, a moja siostra zobaczyła, że oni ich tam pod tym murkiem chcą rozstrzelać, zaczęła strasznie krzyczeć. Ten Niemiec się odwrócił do niej, stanął nad nią i jej strzelił w usta, dobił ją po prostu i kazali ją… A w tym momencie właśnie, kiedy serię z karabinów puścili, powstał nieduży zamęt i ten chłopak, miał osiemnaście lat wtedy, wykorzystał okazję. Mówi: „Wtedy odskoczyłem od nich tam, bo nie zauważyli i dołączyłem… Tam samym szpitalem były kopane wąskie schrony przeciwlotnicze, i w tych stronach w tej chwili Niemcy robili grób, wrzucali tam zastrzelonych i przysypywali ziemią. Ja tak odskoczyłem, że mnie nie zauważyli, dołączyłem do tej grupy ludzi, która zasypywała trupów, a ich tam było może dwudziestu mężczyzn”. Przyglądał się temu i widział dokładnie jak, po kolei – bo bym do tej pory nie wiedział, w jaki sposób ojciec zginął i tak dalej, jak to było. A tak, mi to opowiadał. Tam właśnie za drutami usiadł koło nas, nam tak opowiada.
Potem mówi tak: „Twojego ojca i tamtych rozstrzelili, szwagra i tamtych dwóch pod murkiem też, rzucili do tego rowu przeciwlotniczego”. Siostrę moją już nieżyjącą, bo jej w usta strzelili, rzucili do tego rowu. Mieli tylko jeden szpadel, mówi, do zasypywania, a tak to rękoma zasypywali. Na końcu mojego ojca kazali wrzucić do tego rowu, ale ojciec żył, bo był tylko ranny w nogi. Ojca nie dobijali i kazali zasypać. To mieli jeden szpadel, to jeden jak zasypywał, to ojciec po jakimś momencie, po paru sekundach się odgrzebywał, bo był silny normalnie, tylko na nogi nie mógł, ziemię z siebie zrzucił. To Niemiec już nie wytrzymał i do tego, co miał szpadel, powiedział, żeby go w głowę uderzył, mówił, żeby go zamroczył. Nie chciał nawet zabić ojca, tylko kazał zamroczyć, bo go chciał żywcem zasypać. To ten, on się tak trochę długo zastanawiał, mówi, podszedł, chciał [uderzyć], ale się wstrzymał trochę. Podszedł do niego Niemiec i strzelił mu w głowę, temu, co miał szpadel, co miał właśnie uderzyć. On poleciał do dołu, drugiemu dał szpadel, mówi: „Ty go zasyp i tego też. Uderz, zamrocz go”. Tak powiedział. Ten drugi widział, co się przed chwilą stało, odwrócił głowę, uderzył ojca szpadlem w głowę, ojciec stracił przytomność i wtedy kazali zasypać. I tak zginął ojciec, siostra, szwagier. Gdyby nie ten świadek właśnie, który mi opowiadał, to bym nie wiedział, jak ojciec zginął, w jaki sposób"
----
źródło📷: https://audiohistoria.pl/nagranie/3108-ahm_1721/
źródło wspomnienia: https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/czeslaw-adamusik,2248.html
----