02/06/2024
„1 czerwca 2014 roku, położyłem syna spać i stwierdziłem że czas coś ze sobą zrobić. Po raz pierwszy w życiu, z własnej nieprzymuszonej woli, wyszedłem pobiegać. Nie miałem butów do biegania, oddychającej koszulki, obcisłych portek ale poszedłem! Nie przebiegłem za dużo, może z 500 metrów, po czym, zdychając ze zmęczenia, z mega zadyszką, przeszedłem do marszu. Pomaszerowałem drugie pół kilometra, do końca ulicy, zawróciłem, znów pobiegłem jakieś 500 metrów i wróciłem do domu spacerkiem. Potem robiłem to jeszcze kilka razy i trochę się rozbiegałem.
Zapału jednak oczywiście nie starczyło mi na długo. Po kilku tygodniach jakoś nie byłem już w stanie znaleźć czasu, motywacji. Wszak wiadomo że jak pada, wieje i jest zima to się nie biega. Przez kolejne dwa lata tak to właśnie wyglądało…” [Moja notka z fejsa sprzed 7 lat, po drobnej redakcji]
Dokładnie dziesięć lat temu. Tak niedawno a tak dawno. Syn starszy, nie sam już zresztą, dystanse inne, tempo inne, deszcze i zimy niestraszne, cele dużo większe. No właśnie! Te moje 10-te urodziny postanowiłem uczcić zatem godnie! I też wieczorem, wszystko pasuje. Wróćmy zatem do teraźniejszości…
Jakiś czas temu rozpisałem sobie tabelkę z planem dłuższych wybiegań. Na dziś zapisane było „21km, Try the pace, try the route, night? target pace (5:40) / intervals with trafić lights breaks”. Najpierw chciałem odwiedzić Rugiańską, potem stwierdziłem że skoro już biegam po mieście, to może zrobię obieg całej trasy Maraton Szczeciński. Na tyle na ile się da. Oczywiście tylko jedna pętla. Upraszcza sporo jak się mieszka 300 m od trasy :)
Zacząłem ok. 21-ej czyli dwie godziny wcześniej niż start docelowego biegu. Było całkiem miło. Wieczór nie był tak upalny jak większość dnia. Zacząłem od Szafera . Miałem cynk że Sosabowskiego też już da się pokonać więc skorzystałem (choć oficjalnie to jeszcze plac budowy ale pusto i większość robót zakończona). Było trochę zaskoczeń. Właśnie Sosabowskiego (elegancko). Przy stadionie Pogoni super ładnie. Pięknie w stronę Odry z widokiem na Łasztownię i Szczecin Eye. Nad Odrą klimatyczne mgły. Za Wałami Chrobrego, tuż nad rzeką spotkałem… lisa!
Rozczarował mnie za to Teatr Polski. Praktycznie nie robił wrażenia o tej porze. Żadnego oświetlenia, czy coś.
Strasznie wkurzały mnie zaś światła uliczne. Liczyłem że się jakoś wpasuję robiąc przyśpieszenia, kilka razy mi się fartem udało ale czasem czekałem i minutę. Może i tętno spadało ale ciężko potem się znów rozpędzić. Chociaż dwie ostatnie sygnalizacje na Wojska Polskiego były wyłączone. No i te chodniki. Mam nadzieję że stawy nie oberwały za mocno. Była rozgrzewka, było rozciąganie, może się uda.
Rugiańska dokładnie taka jak legenda głosi – druga część stroma, choć całkiem krótka. Od stoczni aż do Szafera trasa dość mocno faluje – Rugiańska, Przyjaciół Żołnierza, kawałek obwodnicy śródmiejskiej, kawałek Wojska Polskiego, Szafera. Pozostała część jest na prawdę przyjemna. Jest trochę podbiegów, wiadomo (26 Kwietnia, Twardowskiego, przy Teatrze Polskim), ale też dużo długich, fajnych zbiegów.
O tej 9-tej/10-tej wieczorem, miałem wrażenie że centrum miasta już właściwie zasypia. A co dopiero będzie w okolicach mojej 3 w nocy (o późniejszych godzinach nie wspominając)? Na obrzeżach będzie zupełnie pusto. Będzie samotność długodystansowca i walka z głową. Oj będzie.
Nie wyszło mi 21,1 ale też biegłem chodnikami, w wielu miejscach wewnętrzną stroną łuku, nie wbiegałem na stadion, robiłem minimalne skróty, np. nie obiegałem Pl. Zwycięstwa, nie biegłem też przez stocznię (jestem strasznie ciekaw tego odcinka). Dokręciłem więc sobie jeszcze pod domem pół kilometra dla „równego” rachunku.