09/08/2026
Kiedy wprowadzano Jednolity System Segregacji Odpadów, studiowałem informatykę — bodajże na drugim roku. Mieliśmy wtedy zajęcia związane z analizą problemów i szukaniem możliwie najbardziej optymalnych algorytmów ich rozwiązania.
W tym samym czasie trwała dyskusja nad nowym systemem segregacji śmieci. Nie pamiętam już dokładnie, w jaki sposób temat trafił na jedno z naszych kół naukowych, ale pamiętam samo zadanie: co będzie bardziej efektywne i mniej uciążliwe dla ludzi — segregowanie odpadów przez każdego mieszkańca osobno czy stworzenie profesjonalnego systemu sortowania, obsługiwanego przez wyszkolony personel i wspieranego technologią?
Rozpisywaliśmy oba rozwiązania krok po kroku, również w UML-u.
I praktycznie niezależnie od przyjętych założeń wychodziło nam jedno: specjalizacja i koncentracja sortowania wygrywały.
Mniej miejsc, w których można popełnić błąd. Mniej czynności wykonywanych przez miliony ludzi. Prostszy workflow. Łatwiejsza kontrola jakości. Możliwość automatyzacji. A w końcowym rozrachunku również możliwość ograniczenia kosztów całego procesu.
Zamiast budować system oparty na założeniu, że każdy obywatel ma być trochę sortowaczem odpadów, można było rozwijać sieć dużych, profesjonalnych instalacji. Przykładowo — w każdym z 49 dawnych miast wojewódzkich albo w ich bezpośrednim sąsiedztwie mogłaby funkcjonować nowoczesna sortownia połączona z instalacjami odzysku, recyklingu i zagospodarowania odpadów.
Tak się składa, że później, działając w warszawskiej Nowej Nadziei, również interesowałem się tym tematem. I jedną rzecz pamiętam bardzo dobrze: politycy byli niezwykle sceptyczni wobec automatyzacji sortowania i budowy dużych, profesjonalnych sortowni.
Dominowało podejście: segregować ma obywatel.
Dopiero dziś, patrząc na cały system z perspektywy czasu, widzę, jak wiele dodatkowej infrastruktury i administracji powstało wokół takiego rozwiązania. Jeżeli odpady dzielimy już na poziomie gospodarstwa domowego, ktoś musi organizować osobne pojemniki, worki, harmonogramy, odbiory poszczególnych frakcji, kontrolę, rozliczenia, sprawozdawczość i cały system logistyczny.
A to oznacza sprzęt, samochody, ludzi i administrację.
W niemal każdej większej gminie funkcjonuje dziś rozbudowana gospodarka komunalna, która kosztuje ogromne pieniądze. Do tego dochodzą kolejne wymogi, zmieniające się zasady, ewidencja i obowiązki, które trzeba stale aktualizować.
Tymczasem koncentracja procesu sortowania pozwala osiągnąć coś dokładnie odwrotnego: skalę.
Jedna duża instalacja może wykorzystywać separatory magnetyczne i wiroprądowe, skanery optyczne, systemy rozpoznawania materiałów, automatykę, robotykę czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. Człowiek zajmuje się wtedy przede wszystkim tym, czego maszyny nie są jeszcze w stanie skutecznie rozdzielić.
W takich miejscach można byłoby również tworzyć stanowiska pracy dla osób z niepełnosprawnościami, korzystając tam, gdzie jest to możliwe, z istniejących mechanizmów wsparcia zatrudnienia, np. PFRON.
I zamiast przerzucać część procesu technologicznego na kilkadziesiąt milionów mieszkańców, powierzamy go ludziom i instalacjom, które zajmują się tym zawodowo.
Dziś mamy natomiast system, w którym mieszkańcy są coraz bardziej zirytowani kolejnymi zasadami segregacji, koszty odbioru odpadów rosną, a wysypiska i tak stopniowo się zapełniają.
Może więc problem nie polega na tym, że Polacy za słabo segregują śmieci.
Może problem polega na tym, że od samego początku próbowaliśmy zoptymalizować niewłaściwy etap procesu.
Zamiast pytać:
"Jak zmusić obywatela, żeby jeszcze dokładniej sortował śmieci?"
warto było zapytać:
"Jak zbudować taki system, żeby obywatel musiał zrobić jak najmniej, a odpady zostały posortowane jak najlepiej?"