14/10/2026
„A to wy nie zabierzecie? To od czego jest ta ochrona zwierząt?”
Dzisiaj usłyszeliśmy te słowa podczas rozmowy dotyczącej kotki z kociętami przebywających od wielu tygodniu przy ulicy Głowackiego w Brzozowie.
Zadzwoniono do nas z informacją, że na miejscu jest matka z małymi i trzeba przyjechać, odłowić je i zabrać. Zapytaliśmy więc osobę zgłaszającą, czy ma pomysł na to, co dalej nimi zrobić.
Odpowiedź? Zacytowana na początku.
I wiecie Państwo co? Naprawdę opadają nam ręce.
Nie dlatego, że ktoś zgłasza zwierzęta potrzebujące pomocy. Właśnie po to między innymi jesteśmy, żeby reagować, szukać rozwiązań i przeciwdziałać bezdomności zwierząt. Ręce opadają nam dlatego, że po raz kolejny spotykamy się z przekonaniem, że skoro istnieje organizacja ochrony zwierząt, to problem automatycznie przestaje dotyczyć wszystkich pozostałych.
Nie przestaje.
Jesteśmy organizacją społeczną. Nie schroniskiem. Nie bezdennym magazynem miejsc. Nie instytucją, która może przyjąć każde kolejne zwierzę tylko dlatego, że ktoś uznał, że powinna.
Każdy z naszych wolontariuszy ma swoją pracę zawodową, swoje obowiązki i swoje życie i bezdomne zwierzęta w SWOICH DOMACH.
Sanocka Straż działa po godzinach naszej pracy ZAWODOWEJ.Poświęcamy na tę działalność czas, który moglibyśmy przeznaczyć na odpoczynek, rodzinę czy zwyczajną regenerację.
Co w tym czasie robimy?
Odławiamy koty na zabiegi kastracji.
Organizujemy pomoc w transporcie na zabiegi. Finansujemy kastracje.
Wyprzedajemy rzeczy z naszych domów by mieć ma to środki.
Jeździmy do lekarzy weterynarii.
Opiekujemy się zwierzętami, które już znajdują się pod naszą opieką.
Sprzątamy kuwety, podajemy leki, pilnujemy leczenia, szukamy domów. Odbieramy telefony, odpisujemy na wiadomości, odpowiadamy na komentarze, przygotowujemy ogłoszenia i informujemy Państwa o naszych działaniach.
I robimy to wszystko równolegle i ZA DARMO.
Nie mamy osobnego zespołu do odławiania, drugiego do opieki nad kotami, trzeciego do telefonów i czwartego do szukania domów. To wciąż ci sami ludzie. Ci sami wolontariusze, którzy po pracy jadą realizować kolejne zgłoszenie, a potem wracają do obowiązków związanych ze zwierzętami już pozostającymi pod ich opieką.
10 września opublikowaliśmy informację o naszej krytycznej sytuacji o której zresztą wcześniej apelowaliśmy od dwóch miesięcy. Post został przypięty, aby każdy mógł się z nim zapoznać. Napisaliśmy wprost o dużej liczbie zwierząt, którymi się opiekujemy, i o skali zgłoszeń, którym musimy sprostać.
Wówczas szacowaliśmy, że mamy zadania zaplanowane do końca lutego.
Od tamtej pory przeprowadziliśmy jeszcze akcję ratowania kotów za Sanem. Trwała trzy tygodnie. Trzy tygodnie odławiania, organizowania pomocy i szukania domów, aby zwierzęta nie zostały tam na zimę. Działania, które wykonaliśmy własnymi rękami, z pomocą dobrych ludzi, którzy zdecydowali się przyjąć koty. Bez zaplecza, które pozwalałoby po prostu przekazać problem komuś innemu.
Ta akcja przesunęła nasz harmonogram. Dzisiaj zgłoszenia, które mamy do zrealizowania, sięgają już początku kwietnia.
Początku kwietnia.
To nie jest figura retoryczna. To nie jest wymówka. To rzeczywistość organizacji, która ma określone zasoby, określoną liczbę wolontariuszy i bardzo dużo zwierząt wymagających pomocy.
Dlatego kiedy mówimy, że nie mamy możliwości przyjąć kolejnych zwierząt albo natychmiast zrealizować następnego zgłoszenia, prosimy, żeby potraktować te słowa poważnie.
Nie odmawiamy dlatego, że nie obchodzą nas zwierzęta. Nie dlatego, że nie chce nam się działać. I nie dlatego, że nie rozumiemy powagi sytuacji.
Odmawiamy, kiedy zwyczajnie nie mamy już możliwości. A możliwości nie da się stworzyć samymi pretensjami.
Jest jeszcze coś, o czym trzeba powiedzieć głośno.
Nie możemy bez końca przejmować na siebie odpowiedzialności za problemy, które wymagają systemowych rozwiązań. Za bezdomność zwierząt, za brak wystarczających działań zapobiegających ich rozmnażaniu, za kolejne mioty kociąt i za sytuacje, w których wszyscy rozkładają ręce, oczekując, że ktoś inny wszystko załatwi.
Bezdomność nie bierze się znikąd.
Biorą się z niej kolejne zgłoszenia, kolejne odłowy, kolejne zabiegi, kolejne poszukiwania domów i kolejne zwierzęta, dla których trzeba znaleźć miejsce oraz zapewnić opiekę. Zbyt często źródłem problemu jest ludzka nieodpowiedzialność, bezmyślne rozmnażanie i przekonanie, że wystarczy oddać zwierzę „w dobre ręce”, a później nie trzeba już o nic się martwić.
Kiedy mówimy o odpowiedzialnej adopcji i procedurach, bywamy wyśmiewani. Kiedy tłumaczymy, że nie każde zwierzę możemy przyjąć, słyszymy pretensje. A kiedy problem narasta, oczekuje się, że ponownie znajdziemy czas, miejsce, środki i rozwiązanie.
I tak w kółko.
A gdzie w tym wszystkim jest odpowiedzialność gmin? Gdzie są rozwiązania, które powinny ograniczać źródła bezdomności? Gdzie jest system, który nie pozostawia całego ciężaru na barkach 4 czy 5 społecznych działaczy?
Ochrona zwierząt nie może oznaczać, że cała odpowiedzialność spoczywa na organizacji społecznej, a wszyscy pozostali mają jedynie zgłaszać kolejne problemy i oczekiwać natychmiastowego rozwiązania.
I jeszcze jedna prośba.
Bardzo konkretna.
Rozmawiajcie z nami z odrobiną szacunku.
Nie jesteśmy infolinią, na którą można zadzwonić, zażądać wykonania zadania, a następnie mieć pretensje, że nie usłyszało się odpowiedzi, której się oczekiwało. Nie jesteśmy ludźmi pozbawionymi uczuć, zmęczenia czy własnych granic.
Za każdym telefonem stoi człowiek. Człowiek, który prawdopodobnie chwilę wcześniej wrócił z pracy, a za moment znów będzie jechał pomagać zwierzętom. Człowiek, który ma świadomość, że potrzebujących jest znacznie więcej niż dostępnych możliwości. I który mimo tej świadomości każdego dnia robi tyle, ile może.
Nie oczekujemy oklasków. Nie oczekujemy wdzięczności za każdą podjętą interwencję.
Oczekujemy minimum zrozumienia i szacunku.
Bo naprawdę warto zadać sobie pytanie: co stanie się wtedy, gdy takich ludzi jak my zwyczajnie zabraknie? Gdy zmęczenie okaże się silniejsze od gotowości do dalszego działania? Kto wtedy będzie odławiał, leczył, organizował pomoc i szukał domów?
Może zanim kolejny raz padnie pytanie: „To od czego jest ta ochrona zwierząt?”, warto zastanowić się, dlaczego tak wiele problemów w ogóle trafia na jej barki.
Jeśli zgłaszacie nam zwierzęta potrzebujące pomocy, dziękujemy. Takie informacje są ważne. Ale zgłoszenie problemu nie oznacza, że możemy przejąć nad nim pełną odpowiedzialność, zwłaszcza gdy nie mamy możliwości zapewnienia zwierzętom dalszej opieki.
Jeśli nie możemy pomóc w sposób, którego Państwo oczekują, kierujcie swoje pytania i pretensje również do właściwych urzędów i gmin. To tam należy domagać się skutecznych, systemowych rozwiązań.
My nie przestaliśmy pomagać. My po prostu nie możemy być odpowiedzią na każdy problem, który przez lata pozostaje bez właściwego rozwiązania.
Prosimy o wyrozumiałość. O odpowiedzialność. O szacunek.
I o zrozumienie, że nawet największa determinacja nie sprawi, że człowiek będzie w stanie zrobić wszystko.