Lex Beauty Dermascan Lorin

Strona internetowa

Lex Beauty Dermascan Lorin Strona poświęcona jest przedstawianiem mitów marketingowych dotyczących branży Beauty i Medycyny Estetycznej

Tretinoina to nie serum kosmetyczne. To lek. A lek potrzebuje dobrze prowadzonej pielęgnacji.Przy tretinoinie wiele osób...
10/10/2026

Tretinoina to nie serum kosmetyczne.

To lek. A lek potrzebuje dobrze prowadzonej pielęgnacji.

Przy tretinoinie wiele osób skupia się na stężeniu, częstotliwości stosowania i efektach.

A później zaczyna się: pieczenie, rumień, łuszczenie, ściągnięcie skóry i pytanie: „Czy tak ma być?”.

Nie. Im bardziej skóra się pali i łuszczy, tym bardziej nie oznacza to, że lek działa lepiej.

Tretinoina może powodować tzw. retinoid dermatitis, szczególnie na początku terapii. Dlatego dobrze dobrany krem nie jest dodatkiem „dla komfortu”. Jest bardzo ważnym elementem pielęgnacji wspierającej barierę naskórkową.

I tutaj zaczyna się część, o której w internetowych poradnikach często mówi się zdecydowanie za mało.

Jakiego kremu szukać?

Najważniejsze są składniki, które wspierają barierę skóry.

Bardzo dobrze sprawdzają się ceramidy, cholesterol i wolne kwasy tłuszczowe. To składniki naturalnie związane ze strukturą warstwy rogowej naskórka. W praktyce warto szukać kremów, które nie tylko „natłuszczają”, ale rzeczywiście wspierają odbudowę bariery.

Drugi ważny składnik to gliceryna. Prosta, niedroga, a bardzo skuteczna. Pomaga zwiększać uwodnienie warstwy rogowej.
Kupisz ją w każdej aptece za parę złotych a jest najlepszym nawilżaczem i najtańszym.

Bije na głowę wiek drogich kremów w tym słynny HA.

Dobrze sprawdzają się również skwalan, dimetikon, pantenol czy beta-glukan. Przy skórze bardzo suchej przydatne mogą być bardziej okluzyjne składniki.

Ale ważna uwaga.

Nie każda skóra potrzebuje ciężkiego kremu.

Przy skórze suchej i dojrzałej zwykle lepiej sprawdzają się bardziej lipidowe formuły z ceramidami, cholesterolem, kwasami tłuszczowymi, gliceryną i skwalanem.

Przy skórze mieszanej i tłustej nie trzeba rezygnować z kremu.

To jeden z najczęstszych błędów. Skóra tłusta również może mieć uszkodzoną barierę. Wtedy lepsza będzie lekka emulsja zawierająca glicerynę, ceramidy, dimetikon czy umiarkowaną ilość niacynamidu.

Przy skórze bardzo reaktywnej stawiałabym przede wszystkim na prostotę. Krótszy skład, brak zapachu, brak agresywnych substancji aktywnych, ceramidy, gliceryna, pantenol, skwalan.

Jeżeli skóra ma skłonność do rumienia, rosacea, AZS lub bardzo łatwo się podrażnia, tym bardziej nie eksperymentowałabym samodzielnie. Tutaj prowadzenie terapii przez lekarza ma szczególne znaczenie.

A co z metodą kanapkową?

To metoda stosowana po to, aby ograniczyć drażniący potencjał retinoidu.

Najprostszy schemat wygląda tak:

delikatne oczyszczenie skóry, następnie cienka warstwa kremu, potem niewielka ilość tretinoiny i na końcu kolejna cienka warstwa kremu.

To właśnie popularna „kanapka”.

Nie jest to magiczny protokół ani jedyna prawidłowa metoda stosowania tretinoiny. Jest natomiast praktycznym sposobem poprawy tolerancji u części osób. Amerykańska Akademia Dermatologii wskazuje, że u pacjentów źle tolerujących retinoid lekarz może zalecić zastosowanie kremu nawilżającego przed retinoidem.

U osoby dobrze tolerującej terapię schemat może być prostszy: tretinoina, a następnie krem.

U osoby bardzo reaktywnej: krem, tretinoina, krem.

I tutaj bardzo ważne.

Nie zwiększamy skuteczności tretinoiny przez zwiększanie podrażnienia.

Jeżeli pojawia się silne pieczenie, intensywny rumień, bolesność, pękanie skóry czy znaczne złuszczanie, nie jest to powód do dumy. To sygnał, że skóra nie toleruje aktualnego schematu.

Często lepszym rozwiązaniem jest zmniejszenie częstotliwości stosowania, poprawa pielęgnacji bariery i konsultacja z lekarzem, zamiast dokładania kolejnych „aktywnych” produktów.

I jeszcze jedna rzecz.

Podczas terapii tretinoiną naprawdę nie potrzebujemy pielęgnacyjnego laboratorium.

Na początku bardzo często warto ograniczyć kwasy, scruby, mocne peelingi, toniki alkoholowe, intensywnie perfumowane kosmetyki i kilka kolejnych serum aktywnych jednocześnie.

Tretinoina ma wykonać swoją pracę.

Krem ma stworzyć jej warunki do pracy.

A bariera naskórkowa ma przetrwać terapię w możliwie dobrym stanie.

Największym błędem jest przekonanie, że im bardziej skóra się łuszczy, tym lepiej działa lek.

Nie.

W terapii retinoidem wygrywa regularność, tolerancja i prawidłowo prowadzona pielęgnacja, a nie wyścig o najbardziej podrażnioną twarz.

I bardzo ważne zastrzeżenie:

Tretinoina jest lekiem na receptę. Nie rekomenduję ani nie zalecam jej samodzielnego stosowania bez konsultacji z lekarzem.

Ten materiał nie jest instrukcją leczenia ani zaleceniem stosowania tretinoiny.

Opisuję pielęgnację wyłącznie jako uzupełnienie wiedzy edukacyjnej dla osób, którym lek został zalecony przez lekarza.

Bo nawet najlepszy krem nie zastąpi prawidłowej kwalifikacji do leczenia.

CZY LAMPA DO HYBRYDY MOŻE ZWIĘKSZAĆ RYZYKO RAKA SKÓRY?W internecie krąży właśnie historia: „35-letnia kobieta dostała ra...
10/10/2026

CZY LAMPA DO HYBRYDY MOŻE ZWIĘKSZAĆ RYZYKO RAKA SKÓRY?

W internecie krąży właśnie historia: „35-letnia kobieta dostała raka skóry po noszeniu akrylowych paznokci”.

Brzmi spektakularnie. Tylko że nauka mówi coś znacznie bardziej interesującego.

Nie ma dowodu, że paznokcie akrylowe powodują raka skóry.

Co więcej, klasyczny akryl polimeryzuje chemicznie i sam w sobie nie wymaga lampy UV. Jeśli podczas stylizacji stosowany jest żel, lakier hybrydowy czy top utwardzany światłem, wtedy pojawia się zupełnie inny temat: ekspozycja skóry dłoni na UVA.

I tutaj warto przestać się śmiać z problemu, bo dane laboratoryjne są naprawdę ciekawe.

W 2023 roku w Nature Communications opublikowano badanie, w którym komórki ludzkie i mysie poddawano promieniowaniu emitowanemu przez popularną lampę do paznokci. Urządzenie emitowało głównie UVA w zakresie 365 do 395 nm.

Co zaobserwowano?

Wzrost reaktywnych form tlenu, uszkodzenia oksydacyjne DNA, zaburzenia mitochondrialne oraz trwałe mutacje somatyczne. W określonych warunkach eksperymentalnych 20-minutowa ekspozycja prowadziła również do istotnego spadku przeżywalności komórek.

I teraz najważniejsze zdanie tego posta:

To badanie pokazało potencjał genotoksyczny promieniowania z lampy. Nie udowodniło, że manicure hybrydowy powoduje raka u człowieka.

To ogromna różnica.

Badanie przeprowadzono na hodowlach komórkowych, a protokoły ekspozycji nie odpowiadały po prostu zwykłej wizycie w salonie. Nie można więc wziąć wyniku in vitro i napisać:

„20 procent komórek umiera, więc każda kobieta robiąca hybrydę dostanie raka”.

Tak nauka nie działa.

Ale równie niepoważne byłoby powiedzenie:

„To tylko lampka LED, więc żadnego UV tam nie ma”.

LED oznacza sposób wytwarzania światła, a nie brak promieniowania ultrafioletowego. Wiele lamp LED do stylizacji paznokci emituje właśnie zakres UVA niezbędny do aktywacji fotoinicjatorów znajdujących się w materiale. W cytowanym eksperymencie były to długości 365 do 395 nm.

Co z ryzykiem raka w realnym świecie?

Tutaj dane są zdecydowanie mniej dramatyczne niż internetowe nagłówki.

Systematyczny przegląd z 2024 roku znalazł zaledwie dziewięć badań spełniających kryteria, w tym opisy przypadków i badania eksperymentalne. Autorzy zwracają uwagę na ograniczoną jakość dostępnych dowodów.

Jeszcze nowszy przegląd obejmujący 14 publikacji znalazł opisy pięciu pacjentów z rakiem kolczystokomórkowym i historią korzystania z lamp do paznokci, ale sześć z siedmiu modeli oceniających ryzyko nowotworowe wskazywało na minimalne lub praktycznie nieistotne ryzyko. Autorzy podsumowali, że obecnie brakuje przekonujących dowodów potwierdzających rakotwórczość lamp do paznokci u ludzi.

Czyli mamy sytuację typową dla medycyny:

mechanizm biologiczny jest możliwy, uszkodzenia DNA w laboratorium zostały wykazane, ale nie mamy jeszcze dowodu epidemiologicznego, że standardowa stylizacja paznokci powoduje raka skóry.

I właśnie dlatego nie zamierzam ani straszyć kobiet hybrydą, ani udawać, że UVA nagle przestało być UVA, bo znajduje się w różowej lampie na stoliku kosmetycznym.

American Academy of Dermatology zaleca przed manicure żelowym stosowanie na skórę dłoni szerokopasmowego, wodoodpornego SPF 30+ albo używanie ciemnych, nieprzezroczystych rękawic chroniących skórę przed UV, z odsłoniętymi końcówkami palców.

I naprawdę nie widzę w tym niczego dramatycznego.

To zwykła redukcja niepotrzebnej ekspozycji.

Robisz hybrydę co kilka tygodni przez 10, 20 czy 30 lat? Ochrona dłoni kosztuje niewiele i nie zmniejsza efektu manicure.

Najbardziej irytuje mnie natomiast coś innego.

W beauty ciągle poruszamy się pomiędzy dwiema skrajnościami.

Albo:

„RATUNKU, HYBRYDA POWODUJE RAKA!”

albo:

„Bzdura, robię od 15 lat i żyję”.

Żaden z tych argumentów nie ma nic wspólnego z nauką.

Prawidłowa odpowiedź brzmi:

Nie udowodniono, że lampy do manicure powodują raka skóry u ludzi. Udowodniono natomiast, że emitowane przez nie UVA może wywoływać stres oksydacyjny, uszkodzenia DNA i mutacje w komórkach. Dlatego ograniczenie ekspozycji jest rozsądne.

Bez histerii.

Bez bagatelizowania.

I przede wszystkim bez robienia z pojedynczej historii kobiety internetowego „dowodu naukowego”.

Bo w nauce „może uszkadzać DNA” i „udowodniono, że powoduje raka” to dwa zupełnie różne zdania.
Ps. Zobaczymy ile osób ogląda obrazki a ile faktycznie czyta?😉

Pół życia pracowałam przy fotelu, żeby dziś móc przy nim nie stać.I podobno to ma być moja porażka?Naprawdę?Jedną z najb...
10/10/2026

Pół życia pracowałam przy fotelu, żeby dziś móc przy nim nie stać.
I podobno to ma być moja porażka?

Naprawdę?

Jedną z najbardziej absurdalnych rzeczy, jakie usłyszałam w ostatnim czasie, jest to, że skoro nie wykonuję już zabiegów od rana do wieczora, to widocznie „nie mam klientek”.

Uwielbiam tę matematykę sukcesu.

Im bardziej jesteś zmęczona, tym lepiej ci idzie.
Im więcej godzin pracujesz, tym większy sukces.
A jeśli po kilkudziesięciu latach możesz pozwolić sobie na wybór, najwyraźniej coś poszło nie tak.

Otóż nie.

Coś poszło właśnie bardzo dobrze.

Przez pół życia pracowałam.

Budowałam gabinet.
Zdobywałam wiedzę.
Jeździłam na szkolenia.
Popełniałam błędy.
Uczyłam się na nich.
Inwestowałam pieniądze.
Brałam odpowiedzialność za swoją pracę.
Budowałam zaufanie klientek.

I wiecie, po co?

Żeby pewnego dnia nie musieć nikomu udowadniać, że jestem pracowita tylko dlatego, że mój kalendarz pęka w szwach.

Sukcesem nie jest dla mnie dzisiaj brak wolnego terminu.

Sukcesem jest to, że mogę zdecydować, czy ten termin w ogóle chcę mieć.

To jest ogromna różnica.

Mam swoje lata i naprawdę nie zamierzam ścigać się z dwudziestopięciolatką o to, która z nas spędzi więcej godzin przy fotelu.

Nie chcę już pracować więcej.

Chcę pracować mądrzej.

I przede wszystkim chcę robić to, co na tym etapie życia daje mi poczucie sensu.

A coraz większy sens widzę w przekazywaniu wiedzy.

Dlatego szkolę.

Dlatego piszę.

Dlatego potrafię siedzieć z Wami godzinami i rozmawiać o kosmetologii, bezpieczeństwie, pielęgnacji, urządzeniach i błędach, których czasami można uniknąć tylko dlatego, że ktoś wcześniej miał odwagę o nich powiedzieć.

Bo ja pamiętam siebie sprzed lat.

Pamiętam kolejne szkolenia i przekonanie, że skoro ktoś mówi z ogromną pewnością siebie, to zapewne wie.

Skoro szkoli, to sprawdził.

Skoro sprzedaje urządzenie, to zna jego ograniczenia.

Skoro mówi: „zadzwoń w razie problemu”, to odbierze telefon również wtedy, kiedy problem rzeczywiście się pojawi.

Życie bardzo szybko nauczyło mnie, że pewny ton głosu nie jest jeszcze dowodem naukowym.

A certyfikat wydrukowany na grubym papierze nie zawsze jest dowodem kompetencji.

Za część tych lekcji zapłaciłam znacznie więcej niż koszt szkolenia.

Zapłaciłam rozczarowaniem.

Czasem pieniędzmi.

Czasem koniecznością powiedzenia samej sobie:

Mariola, zaufałaś za szybko.

I właśnie dlatego dzisiaj szkolę inaczej.

Chcę, żeby osoba wychodząca ode mnie nie tylko wiedziała co zrobić.

Ma przede wszystkim rozumieć dlaczego to robi.

Ma wiedzieć, kiedy czegoś nie robić.

Kiedy zmienić parametry.

Kiedy powiedzieć klientce „nie”.

Kiedy zatrzymać zabieg.

Kiedy skierować ją do lekarza.

I kiedy mieć odwagę powiedzieć:

„Nie wiem. Sprawdzę.”

Bo po latach w tej branży najbardziej ufam właśnie ludziom, którzy potrafią powiedzieć „nie wiem”.

Znacznie mniej tym, którzy po weekendowym kursie wiedzą już wszystko.

Szkolę głównie wyjazdowo.

Wam jest wygodniej, mnie również odpowiada taki model pracy.

Wybrałam go.

Tak samo jak świadomie ograniczyłam zabiegi.

W pewnym momencie chciałam zrezygnować z nich całkowicie.

Tylko moje klientki najwyraźniej nie zostały poinformowane o tym planie.

Wracały.

Pisały.

Pytały o terminy.

I przyznam, że mnie to wzruszyło.

Bo wtedy człowiek rozumie, że przez te wszystkie lata nie zbudował jedynie bazy klientów.

Zbudował relacje i zaufanie.

Dlatego raz, czasem dwa razy w miesiącu nadal staję przy fotelu.

Mój wielki plan odejścia z gabinetu został więc demokratycznie odrzucony przez klientki.

I bardzo dobrze.

Jest jeszcze mój sklep.

I tutaj też nie chodzi mi wyłącznie o sprzedaż.

Uwielbiam te rozmowy.

Konsultacje.

Analizowanie pielęgnacji.

Moment, kiedy ktoś przychodzi z kosmetyczką pełną piętnastu produktów, a wychodzi ze świadomością, że skóra naprawdę nie potrzebuje własnego magazynu logistycznego.

Czasami rozmawiamy godzinami.

I właśnie tam również wykorzystuję wszystko, czego nauczyłam się przez lata.

Gabinet.

Szkolenia.

Sklep.

Pisanie.

Kolejne projekty, o których jeszcze nie wszystko mówię.

To nie są przypadkowe kawałki mojego życia zawodowego.

To jest jego kolejny etap.

Nie podpisałam przecież umowy, że do emerytury mam stać osiem godzin dziennie przy fotelu, żeby ktoś w internecie uznał mnie za człowieka sukcesu.

I chyba właśnie to jest dla niektórych najbardziej niezrozumiałe.

Że można przestać robić coś codziennie nie dlatego, że się nie udało.

Tylko dlatego, że już nie trzeba.

Można zwolnić, bo się na to zapracowało.

Można zmienić kierunek.

Można wykorzystać trzydzieści lat doświadczenia inaczej niż trzydzieści lat temu.

Można wreszcie powiedzieć:

nie muszę. Chcę.

I dla mnie właśnie między tymi dwoma słowami mieści się jedna z najpiękniejszych definicji sukcesu.

Nie ilość klientek.

Nie liczba godzin.

Nie pełny grafik pokazany na Instagramie.

Wolność wyboru.

Pół życia zdobywałam doświadczenie.

Teraz chcę zrobić z nim coś więcej niż tylko zatrzymać je dla siebie.

Chcę je przekazywać dalej.

A jeśli ktoś nazywa to zawodową porażką?

Niech nazywa.

Ja po prostu mam dziś luksus, którego kiedyś nie miałam.

Mogę wybierać.

I może właśnie tutaj jest między nami największa różnica.

Nie w liczbie klientek.
Nie w liczbie zabiegów.
Nie w tym, kto głośniej pokazuje pełny grafik.

Tylko w tym, kto jeszcze musi, a kto już może wybierać.

Nie muszę zabiegać o każdą klientkę.
Nie muszę wypełniać kalendarza od rana do wieczora.
Nie muszę udowadniać swojej wartości liczbą wykonanych zabiegów.

Mogę zdecydować, kiedy pracuję w gabinecie.
Mogę szkolić.
Mogę pisać.
Mogę prowadzić konsultacje.
Mogę rozwijać kolejne projekty.
Mogę powiedzieć „nie”.

I właśnie na ten przywilej pracuje się latami.

Nie kupuje się go szkoleniem weekendowym.
Nie buduje się go kilkoma rolkami.
Nie da się go przyspieszyć marketingiem.

Potrzeba lat pracy, błędów, odpowiedzialności, klientów, którzy wracają, i doświadczenia, którego nie da się wydrukować na certyfikacie.

Dlatego zamiast zastanawiać się, dlaczego nie stoję codziennie przy fotelu, można zrobić coś znacznie mądrzejszego.

Można korzystać z mojego doświadczenia.

Bo ono jest prawdziwe.

Mogę pokazać, gdzie kończy się nauka, a zaczyna marketing.
Mogę powiedzieć, na czym sama się kiedyś sparzyłam.
Mogę nauczyć, jak nie kupować każdej pięknej obietnicy.
Jak czytać badania.
Jak patrzeć na urządzenie nie przez katalog producenta, tylko przez mechanizm działania.
Jak rozpoznawać modę, zanim wyda się na nią dziesiątki tysięcy złotych.
Jak nie powtarzać cudzych błędów.

I mogę dać znacznie więcej niż kolejny „protokół zabiegowy”.

Mogę dać perspektywę, której nie zdobywa się w kilka miesięcy.

A jeśli kogoś drażni, że dziś mogę wybierać, to trudno.

Między nami naprawdę jest różnica.

Wy jeszcze walczycie o to, żeby mieć pełny grafik.

Ja pracowałam tyle lat, żeby już nie musieć go mieć.

I zanim ktoś dojdzie do miejsca, w którym zamiast „muszę” będzie mógł powiedzieć „wybieram”, jeszcze sporo wody upłynie.

Nie piszę tego z wyższością.

Piszę to z doświadczenia.

Bo sukces zaczyna się nie wtedy, kiedy wszyscy chcą mieć u ciebie termin.

Sukces zaczyna się wtedy, kiedy to ty decydujesz, komu, kiedy i ile swojego czasu chcesz oddać.

Ja właśnie jestem w tym miejscu.

I zamierzam z niego korzystać.

I jestem ciekawa jednej rzeczy.

Czy dla Was sukces to wciąż pełny kalendarz i brak czasu na życie, czy moment, w którym wreszcie możecie same zdecydować, jak chcecie pracować?

JEDEN LASER NIE ROBI WSZYSTKIEGO.Jeżeli jedno urządzenie według reklamy:zamyka każde naczynie,usuwa każdy pigment,leczy ...
09/10/2026

JEDEN LASER NIE ROBI WSZYSTKIEGO.

Jeżeli jedno urządzenie według reklamy:

zamyka każde naczynie,
usuwa każdy pigment,
leczy rumień,
usuwa tatuaże,
depiluje,
leczy blizny,
odmładza,
liftinguje,
poprawia pory,
a na koniec jeszcze robi „wolumetrię”,

to zamiast zachwytu powinna pojawić się jedna rzecz:

PYTANIA.

Bo laseroterapia to nie lista funkcji w folderze handlowym.

To fizyka światła.

Podstawą działania laserów jest między innymi selektywna absorpcja energii przez określone struktury.

Melaninę.

Hemoglobinę.

Wodę.

Koncepcję selektywnej fototermolizy Anderson i Parrish opisali już w 1983 roku. Odpowiednio dobrana długość fali, czas impulsu i energia pozwalają oddziaływać na określony cel biologiczny.

I dlatego właśnie NIE KAŻDY LASER JEST DO TEGO SAMEGO.

532 nm, KTP

To długość fali bardzo przydatna w leczeniu drobnych, powierzchownych zmian naczyniowych, szczególnie czerwonych teleangiektazji twarzy.

W badaniu porównującym 532 nm KTP z 595 nm PDL obydwie technologie skutecznie redukowały teleangiektazje twarzy.

595 nm, PDL

Klasyczna technologia naczyniowa.

Rumień.
Teleangiektazje.
Wybrane zmiany naczyniowe.
Objawy naczyniowe trądziku różowatego.

PDL należy do najlepiej opisanych technologii w leczeniu rumienia i teleangiektazji.

I już tutaj widzimy problem.

Jeżeli klient ma drobne, powierzchowne naczynia na policzkach, to nie wystarczy powiedzieć:

„Mamy laser naczyniowy”.

JAKI?

Bo laser naczyniowy może oznaczać zupełnie różne technologie.

755 nm, aleksandryt

Jedno z najważniejszych zastosowań to epilacja.

Chromoforem jest melanina.

Ta długość fali może być również wykorzystywana w określonych problemach pigmentacyjnych, zależnie od sposobu emisji i konstrukcji konkretnego urządzenia.

810 nm, laser diodowy

Kolejna bardzo dobrze znana długość fali stosowana przede wszystkim w epilacji.

Przeglądy dotyczące laserowego usuwania owłosienia obejmują między innymi 755 nm aleksandryt, około 810 nm diodę oraz 1064 nm Nd:YAG.

1064 nm, Nd:YAG

I tutaj bardzo dobrze widać, dlaczego nie można wrzucać wszystkich naczyń do jednego worka.

1064 nm penetruje głębiej i jest szczególnie przydatny w leczeniu większych oraz głębiej położonych naczyń.

Systematyczny przegląd obejmujący 26 badań i 1991 pacjentów potwierdził skuteczność długopulsowego Nd:YAG 1064 nm w leczeniu teleangiektazji i żył siatkowatych kończyn dolnych, między innymi naczyń do około 3 mm średnicy.

Czy to znaczy, że 1064 nm nie wolno stosować na twarz?

Nie.

I tego nie napiszę, bo byłoby to nieprawdziwe.

1064 nm również stosuje się w wybranych zmianach naczyniowych twarzy.

Ale drobna, czerwona, powierzchowna teleangiektazja na policzku i głębsze naczynie na nodze to dwie zupełnie różne sytuacje.

Dlatego dobór lasera zaczyna się od diagnozy celu.

Nie od tego, jakie urządzenie akurat stoi w gabinecie.

BBL

I tutaj kolejna rzecz, którą warto uporządkować.

BBL nie jest klasycznym laserem.

To technologia szerokopasmowego światła impulsowego.

Czyli nie mamy jednej monochromatycznej długości fali charakterystycznej dla klasycznego lasera, ale zakres światła, który może być modyfikowany odpowiednimi filtrami.

IPL i technologie typu BBL mają dobrze opisane zastosowania między innymi w zmianach pigmentacyjnych, naczyniowych i fotostarzeniu. Systematyczny przegląd dotyczący IPL wykazał poprawę między innymi teleangiektazji, rumienia, przebarwień, tekstury i cech fotostarzenia, choć autorzy zwracają uwagę na zróżnicowaną jakość badań i brak pełnej standaryzacji parametrów.

Czyli BBL może być bardzo dobrą technologią.

Ale BBL NIE JEST „WSZYSTKIM NA WSZYSTKO”.

To, że szerokie spektrum i filtry dają kilka możliwości terapeutycznych, nie oznacza, że technologia zastępuje wszystkie lasery.

I na pewno nie zmienia się nagle w CO2, Er:YAG, PDL czy pikosekundę.

1927 nm, LASER TULOWY

To kolejna technologia, o której ostatnio zrobiło się bardzo głośno.

1927 nm wykazuje silne powinowactwo do wody i działa stosunkowo powierzchownie.

Znajduje zastosowanie między innymi w zaburzeniach pigmentacyjnych, fotouszkodzeniu, poprawie tekstury skóry i określonych procedurach resurfacingu nieablacyjnego.

Systematyczny przegląd z 2025 roku obejmujący 17 badań i 448 osób wykazał poprawę pigmentacji, tekstury skóry i wyglądu blizn. Jednocześnie autorzy wskazali znaczne zróżnicowanie parametrów badań oraz umiarkowane lub wysokie ryzyko błędu w większości publikacji.

Czyli znowu:

OBIECUJĄCE DANE NIE OZNACZAJĄ CUDOWNEGO URZĄDZENIA DO WSZYSTKIEGO.

1550 nm, lasery frakcyjne nieablacyjne

Tutaj wchodzimy bardziej w remodeling skóry.

Technologie około 1550 nm są wykorzystywane między innymi przy bliznach, fotostarzeniu, zaburzeniach tekstury i remodelingu skóry.

Zupełnie inny mechanizm niż zamykanie powierzchownego naczynia 532 czy 595 nm.

2940 nm, Er:YAG

Tutaj głównym chromoforem jest woda.

Bardzo silna absorpcja pozwala na precyzyjną ablację.

To klasyczna technologia resurfacingowa wykorzystywana między innymi przy zmarszczkach, fotouszkodzeniu i wybranych bliznach.

10 600 nm, CO2

Kolejny laser, którego podstawowym chromoforem jest woda.

CO2 daje ablację oraz większą komponentę termiczną niż Er:YAG.

Obie technologie mają ugruntowaną pozycję w resurfacingu, ale różnią się profilem działania, efektem termicznym, rekonwalescencją i profilem działań niepożądanych.

A TERAZ PIKOSEKUNDY.

I tutaj marketing również potrafi pięknie odlecieć.

Pikosekunda NIE JEST długością fali.

To czas trwania impulsu.

Technologia pikosekundowa została rozwinięta przede wszystkim w kierunku skuteczniejszego rozbijania pigmentów i usuwania tatuaży.

I tutaj rzeczywiście ma bardzo mocne podstawy naukowe.

Systematyczny przegląd wykazał najwyższy poziom dowodów właśnie dla usuwania tatuaży.

Ale.

Nie można powiedzieć, że pikosekundy służą WYŁĄCZNIE do tatuaży.

Współczesne systemy pikosekundowe, szczególnie wyposażone w odpowiednią optykę frakcyjną, mają również badania dotyczące pigmentacji, blizn, fotouszkodzenia i remodelingu skóry.

W tym samym przeglądzie dla rejuvenation autorzy wskazali dowody poziomu II.

I tutaj pada zdanie, które powinno wisieć nad każdym urządzeniem:

TO, ŻE JEDEN KONKRETNY SYSTEM PIKOSEKUNDOWY Z KONKRETNĄ OPTYKĄ MA BADANIA, NIE OZNACZA, ŻE KAŻDE URZĄDZENIE Z NAPISEM „PICO” ROBI TO SAMO.

A teraz hit.

„LASER WOLUMETRYCZNY”.

Brzmi świetnie.

Ale co dokładnie ma oznaczać słowo:

WOLUMETRYCZNY?

Bo tutaj bardzo łatwo pomieszać dwa zupełnie różne pojęcia.

Volumetric heating oznacza ogrzewanie pewnej OBJĘTOŚCI TKANKI.

Volume restoration oznacza ODTWARZANIE UTRACONEJ OBJĘTOŚCI TWARZY.

TO NIE JEST TO SAMO.

Starzenie twarzy wiąże się między innymi ze zmianami i zanikiem określonych przedziałów tłuszczowych.

Prawdziwa odbudowa objętości oznacza uzupełnienie deficytu tkankowego.

W literaturze dotyczącej volumizacji twarzy opisuje się przede wszystkim wypełniacze i przeszczep własnej tkanki tłuszczowej jako metody przywracające utraconą objętość.

Laser może:

przebudowywać kolagen,
poprawiać teksturę,
wpływać na grubość skóry,
powodować napięcie tkanek,
poprawiać określone cechy fotostarzenia.

Ale:

REMODELING ≠ WOLUMETRIA.

NAPIĘCIE TKANKI ≠ ODBUDOWA PODUSZKI TŁUSZCZOWEJ.

POGRUBIENIE SKÓRY ≠ ODTWORZENIE UTRACONEJ OBJĘTOŚCI TWARZY.

A „volumetric heating” ≠ „volume restoration”.

Dlatego kiedy ktoś reklamuje LASER WOLUMETRYCZNY, pytam bardzo konkretnie:

Która tkanka zwiększa swoją objętość?

O ile?

Na jakiej głębokości?

Jaki jest mechanizm biologiczny?

Czy wykazano rzeczywisty przyrost objętości?

W USG?

MRI?

Obrazowaniu 3D?

Czy może mówimy po prostu o poprawie napięcia i remodelingu skóry, którym nadano bardziej atrakcyjną nazwę?

To ogromna różnica.

I teraz dochodzimy do najważniejszej kwestii.

DOBRY GABINET NIE MUSI MIEĆ JEDNEGO LASERA.

Wręcz przeciwnie.

Jeżeli ktoś rzeczywiście szeroko zajmuje się laseroterapią, potrzebuje kilku technologii albo prawdziwej platformy modułowej, która posiada różne źródła światła i różne mechanizmy działania.

Bo:

532 nm ≠ 595 nm

595 nm ≠ 755 nm

755 nm ≠ 810 nm

810 nm ≠ 1064 nm

1064 nm ≠ 1550 nm

1550 nm ≠ 1927 nm

1927 nm ≠ 2940 nm

2940 nm ≠ 10 600 nm

BBL ≠ laser.

A pikosekunda opisuje czas impulsu, nie jedną magiczną długość fali.

I właśnie dlatego profesjonalny park urządzeń kosztuje.

Prawdziwe platformy renomowanych producentów są inwestycją liczoną w setkach tysięcy złotych.
Jeżeli placówka posiada kilka różnych wysokiej klasy systemów, całkowity koszt parku technologicznego może więc łatwo zbliżyć się do miliona złotych lub tę kwotę przekroczyć.

Czy każdy gabinet musi kupować taki sprzęt?

Oczywiście, że nie.

Urządzenia mogą być leasingowane, wynajmowane albo dzierżawione.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy urządzenie z kilkoma końcówkami zostaje nazwane:

„platformą medyczną premium”

i według reklamy ma zastąpić pół kliniki.

Wtedy nie patrzę na ilość ikonek na ekranie.

Patrzę na dowody.

Kto wyprodukował urządzenie?

Jakie są rzeczywiste parametry?

Czy są stabilne i powtarzalne?

Jak wygląda chłodzenie?

Profil impulsu?

Wielkość plamki?

Kalibracja?

Serwis?

Dokumentacja zgodności?

A przede wszystkim:

GDZIE SĄ BADANIA KLINICZNE TEGO KONKRETNEGO MODELU?

Nie podobnego urządzenia.

Nie samej długości fali.

Nie technologii w ogóle.

TEGO URZĄDZENIA.

Bo fakt, że istnieje świetne badanie nad referencyjnym laserem 1064 nm, nie oznacza automatycznie, że każdy aparat z napisem „1064 nm” będzie działał tak samo.

Tak samo:

nie każdy PICO jest tym samym PICO,

nie każdy IPL jest tym samym IPL,

nie każda „platforma” jest platformą klasy medycznej,

a znak zgodności nie jest dowodem skuteczności wszystkich obiecywanych wskazań.

CERTYFIKACJA I SKUTECZNOŚĆ KLINICZNA TO DWA RÓŻNE PYTANIA.

I właśnie dlatego profesjonalista nie zaczyna od:

„Co możemy jeszcze zrobić naszym laserem?”

Zaczyna od:

„Jaki problem ma klient i która technologia ma najlepsze uzasadnienie fizyczne i kliniczne?”

Czasami będzie to 532 nm.

Czasami 595 nm.

Czasami 1064 nm.

Czasami BBL.

Czasami tulowy 1927 nm.

Czasami pikosekunda.

Czasami Er:YAG.

Czasami CO2.

A czasami najlepsza odpowiedź brzmi:

TEGO PROBLEMU W OGÓLE NIE POWINNIŚMY LECZYĆ LASEREM.

I właśnie tym różni się laseroterapia od sprzedaży urządzenia.

Marketing może napisać:

„jedna platforma, nieskończone możliwości”.

Fizyka światła odpowiada zdecydowanie mniej romantycznie:

JAKA DŁUGOŚĆ FALI?
JAKI CHROMOFOR?
JAKA GŁĘBOKOŚĆ?
JAKI IMPULS?
JAKA TKANKA?
JAKIE BADANIA?

I dopiero wtedy możemy rozmawiać o efektach.

Bo dobry laser nie musi robić wszystkiego.

Ma bardzo dobrze robić TO, DO CZEGO ZOSTAŁ ZAPROJEKTOWANY.

TO NIE JEST „LUKA PRAWNA”. TO JEST LUKA W CZYTANIU PRAWA ZE ZROZUMIENIEM.I odniosę się do tego publicznie jako Fundacja ...
09/10/2026

TO NIE JEST „LUKA PRAWNA”. TO JEST LUKA W CZYTANIU PRAWA ZE ZROZUMIENIEM.
I odniosę się do tego publicznie jako Fundacja Lex Beauty, bo to jest mój obowiązek.

Bo naprawdę trudno mi uwierzyć, że po udostępnieniu pełnego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, sygn. I C 534/21, razem z uzasadnieniem, można było napisać komentarz, że wyrok potwierdza kosmetologom prawo do wstrzykiwania kwasu hialuronowego w ramach „wolności gospodarczej”, byle posiadać wiedzę, dokumentację i hialuronidazę.

Można mieć inne zdanie. Można się ze mną spierać. Można mnie nawet nie lubić.

Ale nie można dopisywać sądowi zdań, których sąd nigdy nie napisał.

A tutaj właśnie to zrobiono.

To nie jest interpretacja prawna.
To jest próba zbudowania sobie prawa z jednego wygodnego fragmentu uzasadnienia, z pominięciem reszty wyroku, aktualnych przepisów, MDR, ustawy o wyrobach medycznych, komunikatów URPL i aktualnego stanowiska Ministerstwa Zdrowia.

Czyli, mówiąc wprost, prawnicze fan fiction.

CO NAPRAWDĘ WYNIKA Z WYROKU I C 534/21?

Sąd Okręgowy w Warszawie rozpoznawał konkretną sprawę cywilną dotyczącą odpowiedzialności za nienależycie wykonany zabieg. Zasądził na rzecz poszkodowanej 72 398,07 zł wraz z odsetkami.

Tak, sąd wskazał, że w okolicznościach tej konkretnej sprawy zabieg miał cel estetyczny i kwalifikował go jako zabieg kosmetyczny.

Ale teraz uwaga, bo właśnie tutaj zaczyna się czytanie ze zrozumieniem.

Sąd nie napisał, że kosmetolog posiada ustawową kompetencję do wykonywania iniekcji wypełniaczy.

Nie napisał, że „wolność działalności gospodarczej” tworzy takie uprawnienie.

Nie napisał, że brak ustawy o zawodzie kosmetologa oznacza prawo do wykonywania dowolnych procedur.

I już na pewno nie napisał:

„Wystarczy mieć hialuronidazę i można wstrzykiwać”.

To zostało dopisane przez autorkę komentarza.

Dlatego robienie z tego wyroku transparentu z napisem „SĄD POTWIERDZIŁ, ŻE KOSMETOLOG MOŻE” jest po prostu kompromitujące.

Wyrok dotyczący odpowiedzialności cywilnej nie jest ustawą kompetencyjną dla zawodu kosmetologa.

Pełny wyrok i uzasadnienie, I C 534/21⁠

I TERAZ LEGENDARNA „LUKA PRAWNA”

Od lat na grupach branżowych krąży slogan:

„Nie ma ustawy o zawodzie kosmetologa, więc jest luka prawna”.

A potem:

„Skoro nie ma przepisu: kosmetologowi zabrania się podawać kwas, to wolno”.

Nie.

Tak nie działa system prawa.

Brak jednego aktu zatytułowanego „ustawa o kosmetologach” nie powoduje anulowania Prawa farmaceutycznego, ustawy o wyrobach medycznych, rozporządzenia MDR, przepisów dotyczących działalności leczniczej, zawodów lekarza, zasad stosowania produktów leczniczych ani instrukcji producenta.

Prawo czyta się systemowo, a nie metodą:

„wpisałam w wyszukiwarkę słowo kosmetolog, nie znalazłam zakazu, więc jestem chirurgiem”.

I właśnie dlatego powielane na grupach zdanie o „luce prawnej” jest tak niebezpieczne.

Nie mamy pustyni legislacyjnej.

Mamy rozproszone regulacje, a to zupełnie co innego.

KWAS HIALURONOWY. URPL NAPISAŁ TO WPROST.

4 września 2025 r. Prezes URPL wydał oficjalny komunikat dotyczący wyrobów przeznaczonych do wypełniania skóry przez iniekcję.

Urząd wymienia wprost, że wypełniacz to wyrób medyczny. Bo to czasowa implantacja tkanek.

Przypomina również art. 63 ust. 1 ustawy o wyrobach medycznych, zgodnie z którym wyrób ma być używany zgodnie z przewidzianym zastosowaniem, a użytkownik ma obowiązek przestrzegać instrukcji używania.

I teraz najważniejsze.

URPL wskazuje, że w odniesieniu do instrukcji znajdujących się w posiadaniu Urzędu takie wyroby są przewidziane do stosowania przez profesjonalistów posiadających odpowiednie formalne wykształcenie, a używanie ich niezgodnie z instrukcją, przykładowo przez osoby bez odpowiedniego formalnego wykształcenia medycznego, stanowi naruszenie art. 63 ustawy o wyrobach medycznych i wiąże się z nieakceptowalnym ryzykiem.

To nie jest komentarz z grupy.

To Prezes URPL.

A więc zanim ktoś kolejny raz napisze „jest luka”, proponuję przeczytać art. 63.

Tym razem do końca.

BOTOKS? TU JUŻ NAPRAWDĘ NIE MA CZEGO INTERPRETOWAĆ.

14 sierpnia 2025 r. Prezes URPL wydał pilny komunikat dotyczący toksyny botulinowej.

Preparaty zawierające toksynę botulinową stosowane u ludzi są produktami leczniczymi.

Wszystkie dopuszczone do obrotu w Polsce mają status leków wydawanych z przepisu lekarza.

I punkt 4 komunikatu mówi wprost:

preparaty z toksyną botulinową mogą być podawane wyłącznie przez osoby posiadające prawo wykonywania zawodu lekarza lub lekarza dentysty.

Gdzie jest ta „luka”?

Naprawdę chciałabym ją zobaczyć.

Pomiędzy słowem „wyłącznie” a słowem „lekarz”?

Bo chyba tylko tam jeszcze można jej szukać.

A HIALURONIDAZA?

Tu komentarz osiąga już poziom prawnego kuriozum. 😱

„Trzeba mieć hialuronidazę pod ręką”.

Nie.

Posiadanie hialuronidazy nie nadaje żadnych uprawnień do leczenia powikłań.

Ministerstwo Zdrowia w komunikacie z 23 stycznia 2026 r. wskazuje, że procedury medycyny estetyczno-naprawczej wymagają wcześniejszego badania, diagnostyki, oceny ryzyka wynikającego z zastosowania leków i wypełnień podawanych iniekcyjnie, a także umiejętności i uprawnień do wdrożenia leczenia powikłań.

Co więcej, w katalogu procedur MZ wymienia wprost:

- toksynę botulinową,
-usieciowany kwas hialuronowy,
-inne wypełniacze,
-procedury iniekcyjne związane z podawaniem leków, w tym hialuronidazę,
-leczenie powikłań pozabiegowych.

A dalej Ministerstwo pisze wprost, że kosmetolodzy i kosmetyczki są osobami nieuprawnionymi do wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej w rozumieniu przedstawionym w tym komunikacie i że certyfikat ukończenia szkolenia nie nadaje takich uprawnień.

Dla ścisłości, bo w przeciwieństwie do internetowych „prawników” wolę precyzję: komunikat Ministerstwa nie jest ustawą ani rozporządzeniem.
Jest oficjalnym stanowiskiem resortu co do interpretacji istniejącego systemu prawnego.

I właśnie tak przedstawia się źródła uczciwie.

HIALURONIDAZA NIE JEST GAŚNICĄ.

Nie wystarczy położyć ampułki w szufladzie.

Trzeba rozpoznać niedokrwienie.

Rozpoznać lub podejrzewać okluzję naczyniową.

Różnicować objawy.

Podjąć decyzję terapeutyczną.

Podać lek.

Monitorować efekt.

Rozpoznać powikłania leczenia.

I wiedzieć, kiedy konieczne jest dalsze postępowanie medyczne.

Posiadanie leku nie nadaje kompetencji do leczenia.
A do jego podawania uprawniony jest tylko lekarz!

Gdyby tak było, zakup defibrylatora robiłby z człowieka kardiologa.

A CO Z ORZECZNICTWEM?

Tu również warto skończyć z opowiadaniem połowy historii.

W wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, VI Ka 581/19, dotyczącym zabiegu wykonanego w 2016 r., sąd rzeczywiście wskazywał, że w dacie tamtego zabiegu przepisy nie precyzowały jednoznacznie, komu przysługuje prawo wykonywania wypełniania ust kwasem hialuronowym.

Tylko że sąd jednocześnie odnosił się do nadchodzącej regulacji MDR.

Zabieg był wykonany w 2016 roku.

Od tamtej pory weszło MDR, mamy ustawę o wyrobach medycznych z 2022 r., mamy art. 63, mamy komunikat URPL dotyczący wypełniaczy z 2025 r., komunikat dotyczący toksyny botulinowej i stanowisko Ministerstwa Zdrowia z 2026 r.

Przenoszenie jednego zdania dotyczącego stanu prawnego z 2016 roku do roku 2026, z pominięciem dziesięciu lat zmian legislacyjnych, jest mniej więcej tak aktualne jak powoływanie się na kodeks drogowy sprzed autostrad.🤣

Jest jeszcze postanowienie Sądu Najwyższego I KK 23/21 dotyczące zabiegu Aquafilling.

To ważne orzeczenie, bo pokazuje, że estetyczny cel zabiegu nie przesądza automatycznie, że dana ingerencja pozostaje poza obszarem świadczeń zdrowotnych. SN analizował charakter procedury, ryzyko i sposób jej wykonania, a nie tylko to, czy pacjent chciał wyglądać lepiej.

W przypadku toksyny botulinowej nie trzeba go wymyślać, bo aktualny komunikat właściwego organu mówi wprost, że jest to produkt leczniczy na receptę i może być podawany wyłącznie przez lekarza lub lekarza dentystę.

I TERAZ ART. 51. BO TO DOPIERO BĘDZIE CIEKAWE.

Art. 51 ustawy o wyrobach medycznych przewiduje możliwość wprowadzenia przez Ministra Zdrowia, w drodze rozporządzenia, wymagań i ograniczeń dla określonych grup wyrobów.

Ustawa mówi wprost o ograniczeniach dotyczących dystrybucji, wydawania, stosowania, warunków używania oraz kwalifikacji użytkowników.

I to nie jest teoria.

30 września 2026 r. OPPM Technomed poinformował, że Ministerstwo Zdrowia prowadzi prace nad rozporządzeniem związanym z art. 51 ustawy o wyrobach medycznych, a wśród omawianych kwestii znajdują się kwalifikacje użytkowników wyrobów stosowanych w medycynie estetycznej, warunki stosowania, sprzedaż i dystrybucja.

To już się dzieje i będzie opublikowane na dniach!

Podkreślam: rozporządzenie jeszcze nie obowiązuje, więc nie będę robiła tego, co robi autorka komentowanego wpisu, czyli przedstawiała własnych życzeń jako obowiązującego prawa.

Ale sama delegacja ustawowa już istnieje.

A art. 96 ustawy przewiduje, że za nieprzestrzeganie wymagań lub ograniczeń określonych w przepisach wydanych na podstawie art. 51 ust. 3 będzie mogła zostać nałożona kara pieniężna do 50 000 zł.

Czyli podczas gdy na grupach nadal trwa rytualne:

„jest luka, jest luka, jest luka…”

Ministerstwo pracuje właśnie nad mechanizmem, który pozwala wprost określić kwalifikacje użytkowników konkretnych grup wyrobów.

Można powiedzieć, że rzeczywistość prawna trochę uciekła internetowym ekspertom.

I WŁAŚNIE DLATEGO TEN KOMENTARZ TAK BARDZO SIĘ OŚMIESZA.

Nie dlatego, że jego autorka ma inne zdanie niż ja.

To byłoby zupełnie normalne.

Ośmiesza się dlatego, że dostała pełne źródło, a następnie przypisała temu źródłu treść, której w nim nie ma.

Ja podałam wyrok.

Podałam uzasadnienie.

Każdy może je otworzyć.

Każdy może przeczytać.

A mimo tego z wyroku, w którym zasądzono ponad 72 tysiące złotych w związku z nieprawidłowo wykonanym zabiegiem i jego następstwami, ktoś stworzył manifest:

„Kosmetologu, masz prawo wstrzykiwać”.

To jest naprawdę niezwykły poziom gimnastyki interpretacyjnej.

W takich chwilach doskonale widać, jak rodzą się branżowe mity.

Ktoś rzuca na grupie:

„jest luka prawna”.

Ktoś drugi dopisuje:

„sąd potwierdził”.

Trzeci powtarza:

„prawnik powiedział”.

Po miesiącu pięćset osób uważa to za fakt.

Tylko że prawo nie działa demokratycznie.

Powtórzenie bzdury pięćset razy nie zamienia jej w przepis.

Facebook nie jest Dziennikiem Ustaw.

Grupa branżowa nie jest Sądem Najwyższym.

A liczba lajków nie jest źródłem prawa.

Jeżeli ktoś nadal twierdzi:

„jest luka prawna, więc kosmetolog może wykonywać iniekcje kwasu, botoksu i leczyć powikłania hialuronidazą”

to naprawdę proszę o jedno.

Podajcie konkretną podstawę prawną.

Aktualny przepis.

Aktualne orzeczenie.

Instrukcję konkretnego wyrobu dopuszczającą takiego użytkownika.

Oficjalne stanowisko organu.

Nie komentarz z grupy.

Nie „mój prawnik powiedział”.

Nie wyrok dotyczący stanu prawnego sprzed dziesięciu lat wyrwany z kontekstu.

Konkret. Sygnatura. Przepis. Źródło.

Ja swoje podałam.

Jeżeli ten post może uchronić choć jedną osobę przed uwierzeniem w branżowe legendy o „luce prawnej”, udostępnijcie go.

Bo za błędną interpretację prawa bardzo często nie płaci później osoba, która napisała komentarz.

Płaci pacjent albo klient własnym zdrowiem.

PS.

Najbardziej kuriozalne w tej historii jest to, że naprawdę podałam link do pełnego wyroku i uzasadnienia.

Nie trzeba było być prawnikiem.

Nie trzeba było mieć LEX-a.

Nie trzeba było mnie lubić.

Trzeba było wykonać jedną skomplikowaną czynność:

przeczytać.

Najlepiej do końca.

Bo można bawić się w prawnika na Facebooku.

Tylko warto najpierw nauczyć się odróżniać to, co sąd rzeczywiście napisał, od tego, co bardzo chciałoby się, żeby napisał.

W tym przypadku nie zabrakło prawa.

Zabrakło czytania prawa ze zrozumieniem. I JESZCZE JEDNA RZECZ, BO TU ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWE KURIOZUM

Najbardziej kompromitujące nie jest nawet to, że autorka komentarza źle zinterpretowała wyrok.

Najbardziej kompromitujące jest to, że dostała ode mnie bezpośredni link do pełnego orzeczenia i uzasadnienia, a mimo to publicznie przypisała sądowi tezę, której sąd nigdy nie wypowiedział.

To już nie jest brak dostępu do informacji.

To jest sytuacja, w której informacja leży przed oczami, a ktoś mimo to wybiera własną wersję rzeczywistości.

I potem dokładnie takie „interpretacje” zaczynają żyć własnym życiem na grupach:

„jest luka prawna”,

„sąd potwierdził”,

„kosmetolog może”,

„wystarczy mieć hialuronidazę”.

Po czym nikt już nie sprawdza, kto pierwszy napisał bzdurę i na jakiej podstawie.

I właśnie dlatego odpowiadam publicznie.

Bo jeżeli ktoś publicznie rozpowszechnia błędną interpretację prawa, to odpowiedź również powinna być publiczna, żeby nie tylko autor komentarza, ale również setki osób, które później mogłyby tę bzdurę powtarzać, zobaczyły dokumenty źródłowe.

Autorka na końcu swojego wpisu zachęca mnie, żebym przyszła odpowiadać pod jej postem.

Miło, że tak zależy jej na mojej obecności.

Ale nie.

Nie będę biegała po cudzych profilach tylko dlatego, że ktoś bardzo chce wywołać moją reakcję.

Jeżeli ktoś potrzebuje mojej atencji, żeby zwiększyć zainteresowanie własnym wpisem, to musi niestety znaleźć inny sposób.

Ja wolę odpowiedzieć tutaj.

Publicznie.

Merytorycznie.

Z wyrokiem.

Z sygnaturą.

Z ustawą.

Z komunikatami URPL.

Ze stanowiskiem Ministerstwa Zdrowia.

Bo wtedy z tej dyskusji może skorzystać kilka tysięcy osób, a nie tylko grupka komentujących pod jednym postem.

I jest jeszcze jedna różnica.

Ja nie proszę nikogo, żeby wierzył mi na słowo.

Daję źródła.

Można je otworzyć.

Można przeczytać.

Można sprawdzić.

To właśnie odróżnia analizę od internetowego folkloru.

Bo naprawdę trzeba mieć niezwykłą pewność siebie, żeby dostać pełne uzasadnienie sądu, przeczytać z niego coś, czego tam nie ma, a następnie jeszcze publicznie zapraszać autora źródła do „dyskusji”.

Najpierw warto wygrać dyskusję z dokumentem, który samemu się komentuje.

Tutaj ten etap najwyraźniej został pominięty.

PS

Nie zamierzam uczestniczyć w konkursie pod tytułem:

„kto głośniej napisze, że istnieje luka prawna”.

Prawo nie staje się inne dlatego, że na jednej grupie branżowej sto osób polubi komentarz.

I naprawdę nie interesuje mnie, czy ktoś będzie teraz próbował mnie oznaczać, prowokować albo zapraszać pod swój post.

Jeżeli publicznie napisano bzdurę dotyczącą prawa i bezpieczeństwa zabiegów, odpowiem publicznie, tam gdzie sama zdecyduję, i pokażę dokumenty.

Nie dla autorki komentarza.

Dla osób, które mogą ten komentarz przeczytać i uznać go za prawdę.

Bo ona ośmieszyła się przede wszystkim jednym:

miała przed sobą orzeczenie, a mimo tego opisała orzeczenie, którego nie ma.

To trochę jak cytować książkę, której nie przeczytało się do końca, a potem zapraszać autora na debatę o jej treści.

Można.

Tylko efekt jest dokładnie taki, jak tutaj.

Dużo pewności siebie, bardzo mało podstaw prawnych i jeszcze mniej czytania ze zrozumieniem.

A na taki folklor naprawdę szkoda odpowiadać pod cudzym postem.

Lepiej pokazać go publicznie jako przykład tego, jak nie należy interpretować prawa.

I jednym komentarzem można tę dyskusję zamknąć:

Sąd napisał, że zabieg nie został wykonany z należytą starannością. I właśnie tu kończy się cała opowieść o rzekomym „sąd potwierdził, że kosmetolog może”.

„Należyta staranność” to pojęcie z prawa cywilnego, przede wszystkim art. 355 k.c., oceniane w związku z odpowiedzialnością za nienależyte wykonanie zobowiązania z art. 471 i 472 k.c.
Sąd badał więc, czy konkretna usługa została wykonana prawidłowo, zgodnie z wymaganym poziomem staranności, wiedzy, przygotowania i bezpieczeństwa. Nie nadawał nikomu nowych kompetencji zawodowych.

I tu właśnie autorka komentarza zrobiła rzecz wręcz kuriozalną.

Przeczytała, że sąd stwierdził brak należytej staranności, brak prawidłowego przygotowania do powikłań, brak odpowiedniej reakcji oraz problem z dostępem do hialuronidazy, po czym z radością przerobiła to na komunikat do branży:

„Możecie robić, tylko miejcie hialuronidazę”.

Nie. To kompletnie odwrócona logika wyroku.

Sąd nie napisał: „macie prawo wykonywać te zabiegi, poprawcie tylko procedury”.

Sąd napisał w istocie: w tej konkretnej sprawie zobowiązanie wykonano nienależycie i powstała szkoda, za którą poniesiono odpowiedzialność.

A „należyta staranność” nie oznacza posiadania ampułki w szufladzie.

Oznacza między innymi prawidłową kwalifikację, znajomość ryzyka, prawidłowe wykonanie procedury, rozpoznanie powikłania, możliwość adekwatnej reakcji i działanie zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz wymaganiami dla danego produktu lub wyrobu.

Z wyroku o nienależytym wykonaniu zabiegu zrobić manifest „możecie wykonywać, tylko miejcie hialuronidazę” to naprawdę imponujący przykład czytania dokładnie odwrotnie niż napisał sąd.

I to jest sedno całej dyskusji.

Nie chodzi o to, czy ktoś lubi kosmetologów, lekarzy czy mnie.

Chodzi o to, że odpowiedzialność za nienależyte wykonanie zobowiązania nie jest licencją na wykonywanie tego zobowiązania przez każdego.

To są dwie zupełnie różne kwestie prawne.

I jeśli ktoś ich nie odróżnia, nie powinien pouczać całej branży, co rzekomo „wynika z wyroku”.

Tylko przeczytać uzasadnienie ze zrozumieniem a tego tutaj wyraźnie zabrakło. 😘 a autorce tego „ manifestu” do branży, proponuję przeczytać pod swoim postem o Slapp, moją odpowiedź i poświadczenie, że zostało złożone zawiadomienie na policję o ustalenie właściciela strony.

Widocznie w ferworze pisania postów i wymyślania prawa dla Kosmetologów musiało jej to umknąć. 🤣🤣🤣 tam chyba już udzieliłam jej swojej atencji w szerokim tego słowa znaczeniu ….
Na moim drugim profilu w komentarzach, podstawy prawne i orzeczenie sądu wraz z uzasadnieniem .

Adres

Ruda Slaska
41-707

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Lex Beauty Dermascan Lorin opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij