23/04/2026
Wypowiedzi ambasadora Ukrainy na temat Wołynia budzą w Polsce głęboki sprzeciw. Trudno przejść obojętnie obok słów, które podważają autentyczność dokumentów IPN, relatywizują skalę zbrodni i sugerują, że to Polacy w sposób „ideologiczny” podchodzą do własnej tragedii.
Dodatkowo szczególnie oburzające jest to, że ambasador nie uznaje Stepana Bandery ani Romana Szuchewycza za zbrodniarzy. W polskiej debacie historycznej to nie jest drobny spór o nazewnictwo, tylko kwestia pamięci o ludziach i organizacjach odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.
To nie jest spór o interpretacje historyczne. To kwestia elementarnego szacunku dla ofiar, ich rodzin i dla prawdy, której nie wolno naginać do bieżących interesów politycznych. Taka retoryka rani nie tylko środowiska konserwatywne czy prawicowe, ale wielu Polaków, dla których pamięć o Wołyniu pozostaje sprawą głęboko osobistą i narodową.
Wobec ambasadora można postawić bardzo konkretne zarzuty:
- Podważa autentyczność dokumentów zgromadzonych przez polski IPN.
Relatywizuje skalę zbrodni wołyńskiej.
- Przedstawia polskie upominanie się o prawdę historyczną jako „ideologiczne”.
- Nie uznaje Bandery i Szuchewycza za zbrodniarzy.
- Próbuje przerzucić ciężar winy z odpowiedzialności sprawców na rzekomą polską „polityzację” tematu.
- Zamiast szacunku wobec ofiar i ich rodzin proponuje narrację, która rozmywa znaczenie tej tragedii.
Jeżeli relacje polsko-ukraińskie mają opierać się na zaufaniu, muszą opierać się także na uczciwości wobec historii. Bez tego trudno mówić o partnerstwie, które byłoby trwałe i autentyczne.
autor: Daniel Baldys
fot. ambasador Ukrainy w Polsce, Wasyl Bodnar