27/04/2026
AI, hard power i biblia technorewolucji, która przeraziła świat, czyli Manifest Palantira
We współczesnym krajobrazie idei rzadko zdarza się, by pojedynczy dokument z taką siłą rozpruł zastaną tkankę debaty publicznej. Opublikowany 18 kwietnia 2026 roku na platformie X przez Palantir Technologies 22-punktowy „minimanifest", de facto streszczający wydaną rok wcześniej książkę CEO Alexandra C. Karpa i Nicholasa W. Zamiskiego "The Technological Republic: Hard Power, Soft Belief, and the Future of the West", jest tego dobitnym przykładem. W ciągu kilkudziesięciu godzin tekst, który autorzy określili mianem początku artykulacji teorii stojącej za pracą Palantira, zelektryzował opinię publiczną od Waszyngtonu po Brukselę, prowokując falę analiz, oskarżeń i zachwytów. Nie jest to bowiem zwykła laurka dla zachodniej technologii, ale raczej to konkretna, ideologiczna deklaracja, która precyzyjnie wbija się w najczulsze elementy nowoczesności.
Rdzeń argumentacji Karpa i Zamiskiego spoczywa na koncepcji długu. Ich zdaniem Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec kraju, który umożliwił jej rozwój, a jej inżynierska elita ma afirmatywny obowiązek uczestniczenia w obronie narodu. Mamy tu zatem wezwanie do porzucenia wygodnej neutralności na rzecz ścisłego sojuszu z państwem. W tej optyce imperatywem nie jest już tworzenie kolejnej aplikacji do dostarczania jedzenia, lecz budowanie twardej siły (hard power), która jak dobitnie stwierdzają autorzy, w tym stuleciu zostanie zbudowana na oprogramowaniu. Jest to fundamentalne odwrócenie ortodoksji, która przez dekady definiowała etos branży technologicznej, i zaproszenie do świata, w którym kod staje się najwyższym gwarantem bezpieczeństwa.
To powiązanie technologii z militaryzacją stanowi najbardziej zapalny punkt manifestu. Dla Karpa i Zamiskiego debata etyczna jest luksusem, na który Zachód nie może sobie pozwolić. Pytają oni nie o to, czy broń AI zostanie zbudowana, ale o to, kto ją zbuduje i w jakim celu. W ich wizji era atomowa dobiega końca, a nadchodzi nowa era odstraszania zbudowana na sztucznej inteligencji. Ta bezkompromisowa logika, oparta na założeniu, że przeciwnicy nie będą się wahać, jest dla autorów nieubłaganą koniecznością geopolityczną. Dla krytyków jest to jednak niebezpieczna samospełniająca się przepowiednia i sygnał do wyścigu zbrojeń, który grecki ekonomista Janis Warufakis określił jako deklarację gotowości dodania AI do kolejnego egzystencjalnego zagrożenia dla ludzkości, obok broni jądrowej.
Jednak manifest wykracza daleko poza ramy zimnej kalkulacji militarnej. Wchodzi na grząski teren inżynierii kulturowej, uderzając w samo serce powojennego liberalnego konsensusu. Autorzy wzywają do odwrócenia powojennego osłabienia Niemiec i Japonii, odrzucają pusty i wydrążony pluralizm oraz otwarcie wartościują kultury, twierdząc, że niektóre kultury przyniosły fundamentalne postępy, a inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne. Ten sprzeciw wobec inkluzywności i wezwanie do definiowania kultur narodowych sprawiają, że dokument przestaje być strategią biznesową, a staje się de facto geopolitycznym i kulturowym manifestem, który założyciel Bellingcat Eliot Higgins skwitował ironicznym stwierdzeniem, że to całkowicie normalne dla firmy technologicznej, by publikować manifest atakujący demokratyczne normy.
Reakcja świata na te tezy była natychmiastowa i wyjątkowo surowa, tworząc wokół dokumentu aurę skandalu. W globalnej debacie publicznej pojawiły się wyjątkowo mocne określenia. Belgijski filozof technologii Mark Coeckelbergh nazwał manifest przykładem technofaszyzmu a publicysta Arnaud Bertrand ostrzegł, że ujawnia on niebezpieczny projekt ideologiczny wykraczający poza ramy polityki zagranicznej. Krytycy zwracali uwagę, że nie jest to filozofia zawieszona w eterze, ale wprost ideologia firmy uzależnionej finansowo od polityki, którą promuje, co w połączeniu z jej kontrowersyjnymi kontraktami z ICE i izraelską armią nadaje całej sprawie głęboko niepokojący wymiar. W tej krytyce pobrzmiewa echo fundamentalnego lęku przed fuzją korporacyjnej potęgi i państwowego monopolu na przemoc.
Mimo to traktowanie manifestu wyłącznie jako wyrazu złowrogich zapędów byłoby intelektualnym uproszczeniem. Dokument można również odczytać jako produkt głęboko sfrustrowanego pragmatyzmu. To odpowiedź na autentyczną słabość - przekonanie, że soft power i moralny urok demokracji nie wystarczą w starciu z bezwzględną, scentralizowaną konkurencją geopolityczną. W tym sensie manifest jest mniej planem budowy imperium zła, a bardziej desperackim sygnałem dla klasy politycznej, która zdaniem technologicznych elit od dekad inwestuje w iluzje zamiast w twarde zdolności obronne. Postulując powszechną służbę narodową jako powszechny obowiązek, autorzy chcą ponownie zakorzenić koszty bezpieczeństwa w całym społeczeństwie, a nie tylko w wąskiej grupie ochotników.
Sedno sprawy leży jednak w fundamentalnym konflikcie wizji. "The Technological Republic" proponuje świat, w którym największe stawki - bezpieczeństwo, tożsamość, postęp - zostają zdeponowane w rękach technologicznych suwerenów, którzy jako jedyni są w stanie zrozumieć nadchodzącą epokę. To akt głębokiej depolityzacji, który krytykę pluralizmu i debaty publicznej czyni funkcjonalną koniecznością. W świecie zarządzanym przez nieuniknioność AI i logikę „kto pierwszy, ten lepszy”, demokratyczne spory są jedynie hamulcem. Pod tym względem manifest, niezależnie od intencji, jest jednym z najwyrazistszych dokumentów ilustrujących kryzys liberalnego projektu w epoce, którą definiuje już nie koniec historii, ale jej technologicznie zapośredniczone przyspieszenie.
Jaki zatem jest mój werdykt? "The Technological Republic" to tekst wymykający się łatwym klasyfikacjom. Jest jednocześnie korporacyjną broszurą, geostrategiczną wykładnią i ideologicznym manifestem o ambicjach epokowych. Jego największą siłą i największym niebezpieczeństwem jest sposób, w jaki delegitymizuje każdą alternatywę. Spór nie rozgrywa się już między lewicą a prawicą, ale między tymi, którzy są gotowi zaakceptować nadchodzącą technologiczną konieczność, a tymi, którzy próbują się jej przeciwstawić. Dla jednych będzie to trzeźwy głos rozsądku w świecie dryfującym ku katastrofie, dla innych przerażający artefakt nadchodzącej epoki, w której prywatne imperia danych stają się ostatecznym arbitrem racji stanu. Niezależnie od wyroku, który wyda historia, jedno jest pewne: po lekturze tych dwudziestu dwóch punktów trudno mieć złudzenia, że wracamy do świata sprzed ich ogłoszenia.
Warto udostępniać, bo to ważne.