Medycyna Kobiet - Karolina Kaf

Medycyna Kobiet - Karolina Kaf Szamanizm ~ Tantra ~ Rośliny ~ Łono ~ Relacje 🌹 Kręgi, Warsztaty, Spotkania 1:1 ⭕️🩸

Złamane serce ma wiele twarzy…❤️‍🩹❤️‍🩹❤️‍🩹Czasem przychodzi po rozstaniu, a czasem po utracie zdrowia, pracy, przyjaźni,...
11/06/2026

Złamane serce ma wiele twarzy…❤️‍🩹❤️‍🩹❤️‍🩹

Czasem przychodzi po rozstaniu, a czasem po utracie zdrowia, pracy, przyjaźni, marzenia lub dawnej wersji siebie. I choć tak łatwo wtedy pomyśleć, że coś jest z nami nie tak, coraz bardziej wierzę, że nasze pęknięcia nie odbierają nam godności. Są świadectwem tego, że odważyłyśmy się kochać, ufać i żyć.

Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy - witaj. Jestem Karolina Kaf i od ponad 12lat towarzyszę kobietom w powrocie do siebie poprzez pracę z ciałem, świadomością łona, roślinami, rytuałem i uzdrawiającą mocą kobiecego kręgu.

Jeśli ten tekst poruszył coś w Tobie, zostaw w komentarzu ❤️‍🩹 lub słowo „SERCE”.

Prześlę Ci pieśń, która od lat wspiera mnie i wiele kobiet w chwilach straty, tęsknoty i wtedy, gdy życie prosi o szczególną czułość dla własnego serca.

Niech będzie to małe przypomnienie, że nie przechodzimy przez takie momenty same. 🌹

🔜 już w najbliższych dniach otworzę przestrzeń dla jesiennej edycji uzdrawiającego kręgu Łono Natury w Portugalii. Spotkamy się na progu jesieni – w czasie schodzenia głębiej, ku sobie, ku ciału i ku temu, co pragnie zostać otoczone miłością. 🌊

Dwanaście lat temu nie wołałam jeszcze kobiet do kręgów na wyłączność. Moja droga zaczęła się w kręgach kobieco-męskich,...
06/06/2026

Dwanaście lat temu nie wołałam jeszcze kobiet do kręgów na wyłączność. Moja droga zaczęła się w kręgach kobieco-męskich, które przez kilka dobrych lat współtworzyłam bardzo intensywnie. Ogień, pieśni, rośliny nauczyciele, weekendy spędzane dwa razy w miesiącu na rozmowach o życiu, śmierci i wszystkim pomiędzy. To tam zakochałam się w świecie roślin i powiedziałam TAK, na propozycję współpracy od królowej Roślin.

Uwielbiam to, że rośliny mają ogromne poczucie humoru. Człowiek przychodzi do nich po sens istnienia, a one czasem odpowiadają: „Najpierw się wyśpij, dziecko”. Albo organizują bardzo pokorną inicjację pod tytułem: „paw na własną koszulkę”.

Tam widziałam wiele. Także to, jak łatwo pomylić głębię z intensywnością. Jakby Matka Natura prowadziła zawody na ilość wypitych mililitrów. A przecież las nie krzyczy na dąb, żeby szybciej rósł. Ocean nie udowadnia swojej mocy. Rośliny nie mają ego. Nie interesuje ich spektakl. Interesuje je relacja.

Z czasem zaczęłam też dostrzegać, że kobiety często były piękną wisienką na torcie patriarchatu w wersji eko. Śpiewały, gotowały, wnosiły miękkość, podczas gdy wielkie sprawy prowadzili chłopcy.

I choć spotkałam na swojej drodze również kilku wspaniałych mężczyzn, właśnie tam zrozumiałam, że nie interesuje mnie moc pozbawiona czułości.

A potem Roślinna Babcia powiedziała:
„Idź do kobiet. Potrzebujesz swojego kręgu”.
I tak już zostało.

Nie nteresuje mnie zabieranie ludzi daleko od siebie, fascynuje mnie pomaganie im wracać do domu.

Do ciała.
Do odpoczynku.
Do rozkoszy.

Do życia, którego nie trzeba nieustannie przekraczać, żeby było święte.

I właśnie do takiej drogi będę Was niedługo zwoływać, otwierając kolejną jesienną edycję Kręgu Łona Natury w Portugalii.

Dla mnie największą medycyną nie jest nauczyć się odlatuwać wysoko, ale coraz piękniej zamieszkiwać Ziemię.

04/06/2026

Nie mówię tego po to, żeby obiecać Ci, że każde marzenie się spełni, nie mam zamiaru wciskać kitu… ;)

Mówię to dlatego, że przez bardzo długi czas uczono nas nie ufać własnemu pragnieniu.

Uczono nas, że pragnienie jest podejrzane.
Że jest egoistyczne.
Że trzeba je kontrolować, pomniejszać, odkładać na później.
Że dobra kobieta najpierw służy, najpierw się poświęca, najpierw spełnia oczekiwania innych, a dopiero potem - jeśli zostanie jej trochę sił - może zapytać siebie, czego naprawdę chce.

Patriarchat nie bał się kobiecego poświęcenia, bał się kobiety, która ufa swojemu pragnieniu…

Bo kobieta połączona ze swoim pragnieniem przestaje żyć z lęku.
Przestaje pytać o pozwolenie.
Przestaje negocjować własną wartość.

Zaczyna żyć.

Prawdziwe pragnienia nie przychodzą po to, żeby nas dręczyć, przychodzą po to, żeby nas poruszyć.

Jak ptaki, które wiedzą, kiedy rozpocząć migrację.
Jak nasiona, które wiedzą, kiedy pęknąć.
Jak przypływ, który nie pyta oceanu, czy ma prawo nadejść.

Tak samo serce wie.
I być może dlatego pewne tęsknoty wracają do Ciebie od lat.

Dlatego, że życie wciąż szepcze:
„Kochana, jest w Tobie coś większego.”

Może pragniesz miłości, ponieważ miłość również szuka drogi do Ciebie.
Może pragniesz piękna, ponieważ piękno chce być przez Ciebie doświadczane.
Może pragniesz odpoczynku, ponieważ Twoje ciało od dawna woła o miękkość.
Może pragniesz obfitości, ponieważ życie nie stworzyło Cię do wiecznego przetrwania.

Obserwuje, że czasem najbardziej przeraża nas nie to, że nie dostaniemy tego, czego pragniemy.
Ale to, że naprawdę mogłybyśmy to otrzymać!!!

Dlatego z wiekiem coraz mniej interesuje mnie dyscyplinowanie swoich pragnień.
Coraz bardziej interesuje mnie oddawanie im szacunku.💚

Pragnienie przyszło po to, żeby zostać przeze mnie przyjęte.

Nie upieram się, że wszystko będzie wyglądało tak, jak sobie wymyśliłam.
Ale ufam, że życie nie jest przeciwko mnie.
I że to, co woła mnie z głębi serca, być może już od dawna woła również w moją stronę.

🔜Drzwi dla kolejnego UZDRAWIAJĄCEGO K

Od wielu lat obserwuję coś bardzo mnie poruszającego…Kobiety często przychodzą do mnie przekonane, że powinny być już „d...
02/06/2026

Od wielu lat obserwuję coś bardzo mnie poruszającego…
Kobiety często przychodzą do mnie przekonane, że powinny być już „dalej”…
Że nie powinny już czuć tego bólu. Nie wracać do tych samych tematów. Nie spotykać podobnych historii.

Pragnienie pozbycia się rany tak skutecznie, jak przy amputacji kończyny…

Najbardziej uzdrawiające jest spotkanie miejsca, które boli, z większą ilością miłości, zasobów, świadomości i wsparcia niż kiedykolwiek wcześniej.
Dlatego tak bardzo ufam Medycynie Roślin spotkanej w bezpiecznym kobiecym kręgu.

Nie jesteśmy stworzone do przechodzenia przez wszystko samotnie.

Jesienią ponownie spotkamy się w Portugalii podczas tygodniowego Kręgu Łona Natury.
To niezwykła przestrzeń, ponieważ każda kobieta przyjeżdża ze swoją historią, swoją intencją i swoim światem. Dlatego każda pracuje również z inną rośliną nauczycielem, wybraną specjalnie dla niej spośród wielu roślinnych esencji, z którymi pracuję od lat.

Osobno i razem.

Każda w swojej własnej podróży.
Każda słuchająca innej pieśni.
I jednocześnie wszystkie siedzące przy tym samym ogniu…🔥
To jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie obserwuję w kobiecych kręgach.
Nie uzdrawiamy się dlatego, że jesteśmy takie same.
Uzdrawiamy się dlatego, że możemy być różne i nadal należeć.

Jeśli czujesz poruszenie podczas czytania tej karuzeli, być może nie jest ono tylko o ranach.

Być może jest też o tęsknocie za miejscem, w którym nie musisz już udowadniać, że jesteś wystarczająco uzdrowiona, wystarczająco świadoma czy wystarczająco gotowa.
Może wystarczy po prostu przyjść taka, jaka jesteś. 🌿🤍

Wszystkie Nasze PoŁONczenia 🍄‍🟫🍄🍄‍🟫

Od jakiegoś czasu czuję potrzebę nazwania kilku ważnych dynamik, które naturalnie pojawiają się w relacjach z mentorkami...
31/05/2026

Od jakiegoś czasu czuję potrzebę nazwania kilku ważnych dynamik, które naturalnie pojawiają się w relacjach z mentorkami, nauczycielami, terapeutami czy osobami trzymającymi przestrzeń. To ważny temat i czuję, że warto go od czasu do czasu nazywać głośno.

Dotyczy on odpowiedzialności, projekcji, oddawania mocy i jej odzyskiwania. Im dłużej pracuję z kobietami, tym bardziej widzę, jak podobne procesy pojawiają się w wielu relacjach: zachwyt, opór, projekcje, oddawanie mocy, odzyskiwanie mocy.

To bardzo ludzkie.

I właśnie dlatego chcę dziś podzielić się kilkoma refleksjami o tym, czym jest dla mnie ta praca i czym nie jest.

Kilka refleksji z mojej ścieżki, zarówno osoby prowadzącej, jak i tej, która sama przez lata uczyła się od innych.

Powiadają, że nie da się otworzyć nowych drzwi, trzymając się starych myśli?A co jeśli ktoś Ci łeb urwie? Nie byle kto, ...
26/05/2026

Powiadają, że nie da się otworzyć nowych drzwi, trzymając się starych myśli?

A co jeśli ktoś Ci łeb urwie?
Nie byle kto, Ayahuma.
No to co się stanie?
Jak się żyje z urwaną łepetyną?
Co zostaje?

Zostaje serce, zostaje ciało, zostaje czucie, nie myślenie…
Zostaje obecność, która jest ucieleśniona.
Znikają pragnienia ego, namiętne rozkminy, nawet te najbardziej bystre…

Stop.
Zatrzymanie.

Zza zamknietych powiek patrzyłam na wizje… Moja głowa tocząca się w ciemnej pustej przestrzeni… Fikołki mojej głowy, osobne od całej reszty… Obserwowałam ten obraz, coraz głębiej zapadając się w ciało… Oh, jak przyjemnie być tak żywą. Oh, jak przyjemnie puścić te wszystkie mądre i głupie myśli i tylko patrzeć jak brykają..

Poderosa Medicina, Doctorcita Ayahuma!
Zanim rozpoczęłam pracę z esencją energetyczną Ayahumy, udałam się z nią w podróż zwaną dietą. Nie była to pełna dieta, bardziej semi dieta, gdyż życie rodzinne i pewne obowiązki nie mogły zostać przeze mnie w tym czasie wykluczone. W trakcie mojego procesu piłam wywar z rośliny, kąpałam się w wyciągu z niej. Później kontynuowałam relacje poprzez esencje energetyczną. Esencje pozwalają wejść w kontakt z jakością i inteligencją rośliny w dużo łagodniejszy, bardziej subtelny i bezpieczny sposób. Bez konieczności przechodzenia przez ekstremalne procesy czy izolację od życia codziennego.
To wciąż jest relacja z duchem rośliny.
Wciąż możliwe są sny, wglądy, emocjonalne poruszenia, zmiany w percepcji czy głębokie procesy wewnętrzne…
Ale odbywa się to wolniej.
Delikatniej.

Czym jest dieta? Jaka jest różnica między dietą a stosowaniem esencji?

Przeczytaj karuzelę! 💚

Cudownego czasu, niech Wam życie sprzyja!

📷 .am.anita._ 🍄

O kobiecej mocy…
25/05/2026

O kobiecej mocy…

W wieku 55 lat przyciemniła twarz węglem, ubrała się w łachmany i przez wiele miesięcy szła przez skute lodem górskie przełęcze — ryzykując życie na każdym kroku — żeby dotrzeć do jedynego miejsca na ziemi, do którego miała zakaz wstępu.

Okolice Paryża, rok 1868.

Alexandra David-Néel urodziła się w świecie, który już dawno zdecydował za nią, jaka ma być jej przyszłość: wyjść „dobrze” za mąż, prowadzić dom, urodzić dzieci, milczeć, nie wychylać się, stać się niewidzialną.

Alexandra miała jednak zupełnie inne plany.

Gdy inne dziewczęta ćwiczyły haft i szycie, ona znikała w muzeach, studiując sztukę Wschodu i dawne cywilizacje. Kiedy one uczyły się „dobrych manier”, które miały pomóc im znaleźć męża, ona pochłaniała książki o buddyzmie i filozofii azjatyckiej. Kiedy one marzyły o ślubach, Alexandra marzyła o górskich klasztorach, które znała tylko z książek, i o krainach, na których ziemi nigdy jeszcze nie stanęła.

Jako młoda kobieta uczęszczała w Paryżu na zajęcia z języków orientalnych i filozofii — co w jej epoce było czymś niezwykłym dla kobiety. A kiedy niewielki spadek dał jej finansową niezależność, zrobiła coś, czego „porządnej” młodej Francuzce robić nie wypadało:

wyjechała do Indii.

Sama.

Mieszkała w pobliżu Madrasu, studiowała sanskryt i praktykowała duchowe dyscypliny razem z ludźmi, którzy traktowali je naprawdę poważnie. Po raz pierwszy Alexandra poczuła, że znalazła miejsce, które mogłoby być jej domem.

Potem skończyły się pieniądze.

Rzeczywistość ściągnęła ją z powrotem do Europy. Zrobiła więc to, co robiło wiele praktycznych kobiet, by przetrwać: wykształciła się muzycznie i została śpiewaczką operową.

Przez lata występowała na ważnych europejskich scenach — utalentowana, odnosząca sukcesy, podziwiana.

I całkowicie nieszczęśliwa.

Europa wydawała jej się złotą klatką. Opera przypominała odgrywanie roli nie tylko na scenie, ale i poza nią. Dusiła się w życiu, które z zewnątrz wyglądało idealnie.

W 1904 roku, mając 36 lat, Alexandra wyszła za Philippe’a Néela, zamożnego inżyniera kolejowego, którego poznała w Tunezji.

Przez kilka lat próbowała. Naprawdę próbowała być taką żoną, jakiej oczekiwało społeczeństwo. Philippe był życzliwy, ciekawy świata i hojny. Ale Alexandra więdła od środka.

W 1911 roku, mając 43 lata, powiedziała prawdę:

— Wyjeżdżam. Wracam do Azji. Nie mogę ci powiedzieć, kiedy wrócę.

To, co Philippe zrobił później, zmieniło wszystko.

Zgodził się.

Postanowił wspierać ją finansowo, kiedy ona będzie podążać za swoim powołaniem. Nadal pozostali małżeństwem — bez rozwodu — ale ona miała żyć swoją prawdą w Azji, a on swoją w Europie. Mieli pisać do siebie listy.

Przez następne trzy dekady dokładnie tak robili. Ona podróżowała i studiowała, on wysyłał pieniądze oraz listy pełne wsparcia. Był to układ sprzeczny z obyczajami epoki, ale działał — bo Philippe kochał ją na tyle, by pozwolić jej być wolną.

Alexandra wróciła do Indii i spędziła tam wiele lat. Choć słowo „spędziła” jest zbyt słabe. Ona nieustannie podróżowała przez Indie, Tybet, Chiny, Mongolię i Japonię.

Została uczennicą buddyjskich mistrzów. Przez dwa lata żyła w jaskini w Himalajach, medytując i studiując w warunkach, które złamałyby większość ludzi. Opanowała język tybetański i sanskryt. Poznała praktyki medytacyjne oraz dyscypliny potrzebne, by przetrwać himalajskie zimy w lekkiej odzieży.

Adoptowała młodego mnicha z Sikkimu, Aphura Yongdena. Stał się jej synem, towarzyszem i współuczestnikiem duchowych poszukiwań przez dziesięciolecia.

Przez cały ten czas Alexandra nosiła w sobie jedną obsesję:

Lhasa.

Zakazana stolica Tybetu.

Tybet był zamknięty dla cudzoziemców. Szczególnie Lhasa — święte miasto, do którego ludzie Zachodu nie mieli wstępu. Ci, którzy próbowali się tam dostać, mogli zostać zawróceni albo ukarani.

Zachodni podróżnicy ponosili porażki. Mężczyźni z pieniędzmi, ekspedycjami i oficjalnym wsparciem — wszyscy odprawiani z niczym.

Alexandra David-Néel odmówiła uznania słowa „niemożliwe”.

Poznała mnicha, któremu udało się dotrzeć do Lhasy w przebraniu. Skoro on mógł, ona także mogła.

Przygotowywała się latami. Doskonaliła tybetański tak długo, aż potrafiła radzić sobie z dialektami. Studiowała buddyzm tybetański tak głęboko, by móc rozmawiać z uczonymi. Wchłaniała zwyczaje, gesty i modlitwy, aż stały się dla niej naturalne.

Pod koniec 1923 roku, mając 55 lat, Alexandra i Yongden wyruszyli w drogę.

Przekroczyli Himalaje zimą.

Alexandra przebrała się za ubogą tybetańską pielgrzymkę. Nacierała twarz węglem i sadzą, aż stała się ciemniejsza. Włożyła brudne, podarte ubrania. Zaplotła włosy w miejscowym stylu. Niosła miskę żebraczki.

Udawała starą matkę albo służącą Yongdena — zależnie od sytuacji. Chodziła przygarbiona, naśladując powolny krok starej kobiety. Spuszczała wzrok. Odzywała się tylko wtedy, gdy było to konieczne.

Przez miesiące szli przez jeden z najbardziej bezlitosnych terenów na świecie. Spali w jaskiniach i opuszczonych schronieniach. Jedli to, co udało im się wyżebrać albo znaleźć. Unikali głównych dróg i punktów kontrolnych.

Kiedy spotykali urzędników lub straże, Alexandra odgrywała swoją rolę bezbłędnie: biedna stara pielgrzymka podróżująca ze swoim „synem”, by otrzymać błogosławieństwo w świętych miejscach Lhasy. Zbyt nieznacząca, by zwrócić uwagę. Zbyt nędzna, by wzbudzić podejrzenia.

W lutym 1924 roku Alexandra David-Néel przekroczyła bramy Lhasy.

Została pierwszą znaną kobietą z Zachodu, która weszła do zakazanego miasta.

Ona i Yongden pozostali tam ponad dwa miesiące. Żyli wśród pielgrzymów i mnichów. Uczestniczyli w świętych ceremoniach. Odwiedzali klasztory i obserwowali życie religijne, do którego niemal żadna kobieta z Zachodu nie miała wcześniej dostępu.

Przez ten czas chodziła ulicami najświętszego miasta buddyzmu tybetańskiego, przebrana za żebraczkę — i nikt jej nie rozpoznał.

Później opuściła Lhasę. Relacje różnią się co do tego, czy została odkryta, czy wyjechała z własnej decyzji. Ale osiągnęła to, czego nie zdołały dokonać całe ekspedycje: weszła do zakazanego miasta, została tam przez pewien czas, uczyła się i wyszła żywa.

W 1925 roku Alexandra wróciła do Francji po wielu latach spędzonych w Azji. Miała 57 lat.

I była sławna.

Zamieszkała w Digne-les-Bains w Prowansji i kupiła dom, który nazwała „Samten Dzong” — Twierdzą Medytacji. Tam zaczęła pisać.

Jej książki o Tybecie, zwłaszcza opowieść o dotarciu do Lhasy oraz praca o tybetańskim mistycyzmie, stały się międzynarodowymi sensacjami. Opisywała buddyzm tybetański, praktyki duchowe i doświadczenia, które wykraczały poza ówczesne zachodnie rozumienie świata.

W ciągu życia Alexandra napisała ponad 30 książek o buddyzmie, Tybecie i filozofii azjatyckiej.

Wpłynęła na pokolenie beatników oraz wielu zachodnich popularyzatorów myśli Wschodu. Otrzymała wysokie odznaczenia we Francji, w tym Legię Honorową.

Ale przede wszystkim żyła dokładnie tak, jak sama wybrała.

Philippe zmarł w 1941 roku, po dekadach wspierania jej mimo rzadkich spotkań. Opłakiwała go jako towarzysza, który dał jej wolność.

Yongden zmarł w 1955 roku. Alexandra miała wtedy 87 lat i była zdruzgotana. Mimo to nadal pisała, studiowała i prowadziła korespondencję ze specjalistami z całego świata.

Alexandra David-Néel zmarła 8 września 1969 roku, kilka tygodni przed swoimi 101. urodzinami.

Przeżyła ponad sto lat. I niemal przez cały ten czas robiła dokładnie to, czego społeczeństwo uparcie odmawiało kobietom:

podróżowała samotnie, studiowała zakazaną wiedzę, mieszkała w jaskiniach, adoptowała syna poza społecznymi schematami, zostawiła męża, by pójść za swoim powołaniem, przeszła Himalaje w wieku 55 lat, weszła do zakazanych miast, pisała o mistycyzmie i żyła po swojemu.

Pomyślcie tylko.

W 1868 roku, kiedy Alexandra przyszła na świat, kobiety nie miały prawa głosu, a dostęp do wyższego wykształcenia był dla nich rzadkością. Oczekiwano, że będą żonami i matkami. Niczym więcej.

Alexandra została śpiewaczką operową, badaczką, praktykującą buddystką, podróżniczką, autorką i legendą.

W wieku 55 lat — gdy społeczeństwo spodziewało się po niej raczej spokojnej starości przy kominku — przeszła zimą przez Himalaje w przebraniu żebraczki, by dotrzeć do miasta, w którym odkrycie jej tożsamości mogło kosztować ją życie.

I dokonała tego.

Jej dom w Digne-les-Bains jest dziś muzeum. Sam Dalajlama odwiedził go w 1982 i 1986 roku. Jej książki nadal są czytane i badane. Jej wpływ na to, jak Zachód zaczął poznawać buddyzm tybetański, jest ogromny.

Ale być może jej największe dziedzictwo jest dużo prostsze: udowodniła, że jedyną rzeczą powstrzymującą kobiety przed robieniem rzeczy „niemożliwych” był świat uparcie powtarzający im, że są niemożliwe.

Alexandra David-Néel odmówiła przyjęcia narzuconych granic. Odmówiła pozostania tam, gdzie kazano jej zostać. Odmówiła stania się osobą, którą społeczeństwo chciało z niej zrobić.

Żyła ponad sto lat. Przemierzyła świat. Weszła do zakazanych miast. Wpłynęła na całe pokolenia. Umarła wolna.

W wieku 55 lat przebrała się za żebraczkę i ruszyła przez Himalaje.

A na starość nadal pisała, nadal studiowała i nadal nie zgadzała się na cudzą wizję tego, kim powinna być.

Są ludzie, którzy całe życie spędzają w „bezpiecznych” przestrzeniach przygotowanych dla nich przez społeczeństwo.

Alexandra David-Néel przez ponad sto lat udowadniała, że najbardziej niezwykłe życie zaczyna się wtedy, gdy odmawiasz innym prawa do jego definiowania.

W ostatnich miesiącach dużo muzykuję, głównie dlatego,że dużo siedzę z roślinami. Za mną dieta z Ayahumą, o której opowi...
22/05/2026

W ostatnich miesiącach dużo muzykuję, głównie dlatego,że dużo siedzę z roślinami. Za mną dieta z Ayahumą, o której opowiem Wam w kolejnych wpisach, później proces kontynuacji nauk z esencją z niej, a także…

Eliksir Królowej. 👑

Otworzył przede mną możliwość oglądania Waszego kobiecego światła…
W wiadomościach.
W Waszych ołtarzach.
W historiach, które do mnie wysyłacie.
W tym, jak wiele kobiet poczuło zawołanie, by powiedzieć temu „tak”.

Patrzyłam na to z ogromnym wzruszeniem.
Na kobiety wracające do swojej zmysłowości.
Do ceremonii.
Do ciała.
Do subtelności.
Do własnego wewnętrznego świata.

I jednocześnie ten sam proces bardzo mocno odsłonił mi cień siostrzeństwa.

To, jak łatwo kobieca przestrzeń potrafi zamienić się w miejsce kontroli, projekcji i nieproszonego
„wiem lepiej”.
Jak szybko pojawiają się uwagi, oceny, wyostrzone spojrzenia, nieproszony feedback, rady podszyte wyższością albo potrzebą poprawiania drugiej kobiety.
Piszę to z ogromnym smutkiem i czułością wobec tego, jak głęboko wiele z nas zostało nauczonych odcinania się od własnej miękkości.

Patriarchat nie żyje tylko w mężczyznach.
Bardzo często żyje również w naszych kobiecych oczach, które zamiast widzieć -kontrolują.
Zamiast słuchać - wiedzą.
Zamiast towarzyszyć - poprawiają.

I czuję, że ten eliksir stał się dla mnie właśnie lustrem obu tych przestrzeni.
Światła i cienia.
Pokazał mi kobiety gotowe kochać, wspierać, celebrować i wzrastać razem.
Ale pokazał też, jak bardzo potrzebujemy jeszcze uczyć się siostrzeństwa, które nie opiera się na rywalizacji, dominacji czy duchowej wyższości.

Takiego siostrzeństwa, w którym można być niedoskonałą.
Poszukującą.
Wrażliwą.
W procesie.

I nadal być godną miłości, miejsca i głosu 🌹
Niech tak już jest!

Wszystkie Nasze PoŁONczenia 🌀

Ps. A dziś wieczorem wyŁONimy do kogo poleci ostatnia buteleczka ELIKISRU w rozdawajce Give Away!👑👑👑

Adres

Kraków

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Medycyna Kobiet - Karolina Kaf umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij