PION - Ruch Obywatelski

PION - Ruch Obywatelski Eseistyka idei i metapolityka w służbie polskiego obywatela.

Niezależna myśl opiniotwórcza intelektualistki społecznej która analizuje mechanizmy kształtujące polską rzeczywistość.

Panie Mentzen - czas na lekcję z anatomii faktów, a nie populizmu.W debacie publicznej rzucanie chwytliwych haseł przych...
02/06/2026

Panie Mentzen - czas na lekcję z anatomii faktów, a nie populizmu.

W debacie publicznej rzucanie chwytliwych haseł przychodzi niezwykle łatwo. Dużo trudniej o rzetelną, merytoryczną wiedzę. Kiedy słyszymy z ust polityków słowa o finansowaniu „nierobów, beztalenci i darmozjadów”, warto zdjąć z oczu polityczne klapy i przyjrzeć się realiom, o których najwyraźniej nie ma Pan zielonego pojęcia. Najgorsze jest to, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Obudził Pan potwora w swoim elektoracie. Rozszalały tłum, który, podobnie jak Pan, nie posiada niezbędnej wiedzy merytorycznej, by rzetelnie oceniać tę grupę zawodową, rzucił się z widłami na niewidzialnego wroga. Tym razem padło na artystów.

A wystarczyłoby przeprowadzić samodzielny research choćby z pomocą AI, jeśli brakuje Panu czasu na głębsze badania rynku lub po prostu poprosić doradców, by wykonali tę pracę za Pana.

Wrzucił Pan wszystkich twórców do jednego worka. Ma Pan zakodowany w głowie pewien przestarzały archetyp, którego uosobieniem jest pijany piosenkarz estradowy. Ale to tylko klisza, wyobrażenie istniejące w Pana głowie, a nie faktyczna kondycja tej grupy zawodowej.

Realia wyglądają zupełnie inaczej. Czymś oczywistym jest, że sytuacja znanego piosenkarza, który miał szansę zarobić spore pieniądze, różni się od realiów reszty środowiska. Tacy twórcy zazwyczaj nie potrzebują systemowego wsparcia. Czymś zupełnie innym jest też przypadek, gdy ktoś zawodowo pracuje na przykład w firmie telekomunikacyjnej lub jako listonosz, a po godzinach występuje na scenie. Wtedy mówimy o pasji i hobby. Taka osoba nie jest z definicji artystą zawodowym i wylewanie na nią pomyj całkowicie mija się z celem. A właśnie to robią Pana wyborcy. Jako polityk ma Pan obowiązek prostować nieścisłości, a nie podgrzewać nienawiść jednych Polaków do drugich.

Takie sytuacje miały już niestety miejsce w historii i wiemy, jak tragicznie się kończą. Dokładnie ten sam mechanizm sterowanego amoku wykorzystano w latach 30. w III Rzeszy. Nazistowska machina propagandowa pod wodzą Goebbelsa stworzyła pojęcie „sztuki zdegenerowanej” (Entartete Kunst), aby wbić klin między społeczeństwo a wybitnych twórców. Wtedy również posłużono się populistycznym hasłem, że „zdrowa krew robotnicza” nie będzie dopłacać do niezrozumiałych, skomplikowanych i rzekomo „pasożytniczych” elit. Niemcy dali się podsycić nienawiści i zwrócili się przeciwko własnym artystom, pisarzom i myślicielom, z uśmiechem na twarzach paląc ich książki na stosach i niszcząc ich dorobek. Gdy masa sankcjonuje pogardę, zło staje się nową normą.

A teraz przejdźmy do tego, kim naprawdę jest artysta zawodowy, o którego toczy się ten spór.

Z definicji, aby nosić takie miano, należy posiadać tytuł magistra sztuki i być absolwentem akademii sztuk pięknych, akademii muzycznej bądź wyższej szkoły teatralnej lub filmowej. Ewentualnie od lat traktować tę twórczość jako główne i stałe źródło swojego utrzymania.

Zawody twórcze w przeważającej mierze opierają się na pracy samodzielnej, a nie na etacie u kogoś. W dobie internetu oraz wszechobecnej sztucznej inteligencji utrzymanie się z takiej działalności stało się niezwykle trudne. Szacuje się, że znaczna część absolwentów uczelni artystycznych ostatecznie porzuca zawód, pracując poniżej swoich kwalifikacji. Ci, którzy wytrwali, często zarabiają niewiele i walczą o przetrwanie.
Próba wtłoczenia kultury w ramy prymitywnego wolnego rynku i korporacyjnego arkusza kalkulacyjnego to dowód na głęboką ignorancję. Tożsamość narodowa, literatura czy sztuka nie powstają na taśmie produkcyjnej, gdzie każdą roboczogodzinę można natychmiast przeliczyć na zysk. Dzieła o ponadczasowym znaczeniu wymagają czasu i stabilności, czyli wartości, których drapieżny, nastawiony na szybki zysk rynek nigdy nie był i nie będzie w stanie zapewnić.

Systemowe zakotwiczenie czy instytucja mecenatu to nie są „przywileje dla wybranych”, jak próbuje Pan wmawiać swoim odbiorcom. To cywilizacyjna inwestycja w to, co po nas zostanie. Traktowanie twórczości artystycznej wyłącznie przez pryzmat natychmiastowej opłacalności sprowadza całe społeczeństwo do poziomu bezwzględnej maszyny konsumpcyjnej.

Dlatego tak przykre i niesprawiedliwe jest słuchanie pomyj wylewanych na ludzi, których losów się nie zna, i cyniczne wykorzystywanie ich w walce o polityczne głosy. Bezrefleksyjne wyciąganie na światło dzienne przestarzałego archetypu pijanego, hulającego artysty estradowego zdaje się być wyłącznie narzędziem walki o władzę, a nie realną dbałością o budżet państwa. To czysta inżynieria polityczna, mająca na celu wywołanie niepokoju społecznego i dokonywanie zmian rękami tych, których karmi Pan deluzją.

Panie Mentzen, czy naprawdę chce Pan budować Polskę na nienawiści polsko-polskiej? Budowanie kapitału politycznego na pogardzie dla ludzi, którzy stanowią o tożsamości tego narodu, jest po prostu tanie. Jeśli chce Pan dyskutować o ekonomii i ubezpieczeniach społecznych twórców, proszę najpierw poznać strukturę ich pracy, a nie karmić swoich odbiorców krzywdzącymi stereotypami.

Kultura to nie luksusowy kaprys. To fundament cywilizacji. A z niszczenia fundamentów jeszcze nigdy nie narodziło się silne społeczeństwo.

31/05/2026

Polityczny uśmiech, poklask tłumu i but na gardle kultury. Dziś niszczy się artystów legalnie: hejtem, pogardą i populizmem.

​Oto współczesny lincz. Co zostanie, gdy zadepczemy Jana Matejkę i Damę z gronostajem?

30/05/2026

📢⚠️ ANATOMIA PEŁZAJĄCEGO BARBARZYŃSTWA

Dlaczego plucie na artystów to krok w stronę samozagłady?

Autor: Marta Jamróz-Jasiński

Żyjemy w czasach, w których elokwencję zastąpił ryk, a merytoryczną dyskusję, ślepy lincz. Wystarczy jedno słowo polityka, jeden populistyczny gest celebryty, by uruchomić lawinę. Tłum, nie znając faktów, nie analizując kontekstu, rusza w amoku, by wylewać pomyje na ludzi kultury. „Nieroby!”, „Pijaki!”, „Złodzieje żyjący z krzywdy robotnika!” - krzyczą komentarze w sieci. Czy to tylko niewinne, internetowe upuszczenie pary? Nie. To początek przerażającego procesu, który historia zna aż nazbyt dobrze. Stajemy u progu pełzającej zmiany, w której zło, sankcjonowane przez masę, staje się nową „racją”.

🔱 MECHANIZM AMOKU: GDY TŁUM ZDEJMUJE SUMIENIE

Jak to się dzieje, że zwykli, porządni na co dzień ludzie zamieniają się w bezwzględną klikającą armię nienawiści? Odpowiedź daje nam psychologia tłumu. Kiedy jednostka staje się częścią bezwiednej masy sterowanej słowem demagoga, jej indywidualne sumienie umiera. Następuje rozmycie odpowiedzialności. „Skoro wszyscy tak piszą, to znaczy, że mam rację. Skoro większość pluje, to plucie jest sprawiedliwością”.

Hannah Arendt pisała niegdyś o „banalności zła”. Zło rzadko kiedy rodzi się z wielkich, demonicznych planów. Najczęściej rodzi się z bezmyślności. Z bezkrytycznego potakiwania liderowi. Ci, którzy dziś linczują artystów w komentarzach, nie uważają się za potwory. Oni głęboko wierzą, że wymierzają „sprawiedliwość dziejową”. To najniebezpieczniejszy moment w historii każdego społeczeństwa, moment, w którym nienawiść zostaje uznana za cnotę, bo ma poparcie większości.

🔱 KRWAWY ŚLAD HISTORII: OD BOLSZEWIZMU DO PŁONĄCYCH STOSÓW

Ta pogarda dla elit i zawiść klasowa to nie jest wynalazek internetowych trolli. To ordynarny, przerażający plagiat z najciemniejszych kart XX wieku.

Dokładnie tym samym mechanizmem posłużyli się bolszewicy w 1917 roku. Hasło „Grab zagrabione” obróciło masy przeciwko każdemu, kto potrafił pisać, myśleć i tworzyć. W imię „prawdziwego robotnika” powołano Proletkult - ruch, który żądał zmiecenia z powierzchni ziemi kultury „pańskiej” na rzecz prymitywnej sztuki masowej. Efekt? Palone pałace, roztrzaskiwane o bruk fortepiany, niszczone obrazy i poeci (jak Nikołaj Gumilow) mordowani w imię „sprawiedliwości ludowej”. Twórców sprowadzono do roli darmozjadów, których należy zlikwidować.

Niedługo później, w maju 1933 roku, ten sam amok ogarnął Berlin. Sterowany przez Goebbelsa tłum studentów i robotników z uśmiechem na twarzach wrzucał do gigantycznych ognisk książki Manna, Freuda czy Einsteina. Chwilę później naziści stworzyli pojęcie Sztuki Zdegenerowanej (Entartete Kunst). Wszystko, co było zbyt mądre, zbyt wrażliwe, zbyt skomplikowane dla prymitywnego umysłu partyjnego aparatczyka, zostało wyśmiane, skonfiskowane i zniszczone.

Dziś nie płoną jeszcze stosy z książek. Dziś płoną serwery, a zamiast ognia używa się słów. Ale mechanizm niszczenia człowieka jest dokładnie ten sam.

🔱 CYWILIZACJA TO NIE CEGŁY. CYWILIZACJA TO DUCH.

Populistyczna narracja próbuje nam wmówić, że świat stoi tylko na pracy fizycznej, a sztuka to pijacki kaprys bogatych elit. To potworne kłamstwo.

Robotnicy budowali piramidy w Egipcie, rzemieślnicy wznosili ateński Akropol, a kamieniarze ciosali bloki pod rzymskie Koloseum. Ale bez geniuszu architektów, filozofów, poetów i kapłanów, te budowle byłyby tylko bezużytecznymi stertami kamieni. Tym, co przetrwało z Mezopotamii, Grecji czy cywilizacji Majów, nie jest pot robotnika, ale kultura. To kultura jest jedyną prawdziwą kotwicą cywilizacji. To ona sprawia, że horda ludzi staje się społeczeństwem, a biologiczna masa - narodem.

Robotnicy budują fizyczne ściany naszego wspólnego domu, ale to artyści i intelektualiści wpuszczają do niego piękno. Nadają mu sens, tworzą wartości, moralność i tożsamość. Bez nich zostaje nam tylko pusta, betonowa klatka.

🔱 STRUNA NARODOWA: KTO URATOWAŁ POLSKĘ?


Zwracam się do tych, którzy dziś tak chętnie krzyczą o „patriotyzmie”, jednocześnie mieszając z błotem współczesnych twórców. Zapomnieliście, dzięki komu w ogóle możecie mówić po polsku?

Gdy wymazano nas z mapy świata, gdy zaborcy odebrali nam wojsko, urzędy i granice, Polskę uratowała wyłącznie kultura.

Ktoś musiał mieć genialną iskrę w sercu, by napisać słowa i skomponować melodię Mazurka Dąbrowskiego - pieśni, która podniosła z kolan umierający naród.

Fryderyk Chopin nie biegał z karabinem po okopach. Siedział przy fortepianie. A jednak Robert Schumann pisał, że jego muzyka to „armaty ukryte w kwiatach”. To te „armaty” podtrzymywały polskość skuteczniej niż dziesiątki nieprzygotowanych powstań.

Jan Matejko nie budował fabryk. On chwycił za pędzel i dosłownie „namalował” Polakom ich własną historię. W czasach najczarniejszej nocy zaborów pokazał nam Bitwę pod Grunwaldem i Hołd Pruski, przypominając kim jesteśmy i skąd idziemy.

To nie politycy i nie ślepy, krzyczący tłum przenieśli iskrę polskości przez stulecie niewoli. Zrobili to artyści. Ci sami, których dziś tak łatwo nazywacie „nierobami”.

🔱 CZAS NA OPAMIĘTANIE

Kiedy zgadzamy się na nagonkę na artystów, kiedy pozwalamy politykom szczuć na ludzi pióra, sceny i pędzla dla zdobycia kilku punktów procentowych w sondażach, podcinamy gałąź, na której wszyscy siedzimy.

Naród, który niszczy swoich twórców i pozwala tłumowi deptać autorytety, karleje. Staje się bezbronną, bezmyślną masą, którą cyniczni gracze mogą ulepić jak glinę.

Zanim następnym razem klikniesz „udostępnij” pod nienawistnym memem, zanim zostawisz pełen jadu komentarz, pomyśl, w którym szeregu stajesz. W szeregu tych, którzy budowali cywilizację, czy tych, którzy z uśmiechem na twarzach rzucali książki na płonące stosy? Historia już wie, jak kończy się ten amok. Obyśmy nie musieli uczyć się tej lekcji na własnych zgliszczach.

Autorce:

𝗠𝗮𝗿𝘁𝗮 𝗝𝗮𝗺𝗿𝗼𝘇-𝗝𝗮𝘀𝗶𝗻𝘀𝗸𝗶, 𝗠.𝗙.𝗔., jest 𝗲𝘁𝘆𝗸𝗶𝗲𝗺 𝗔𝗜, filozofką umysłu oraz założycielką i liderką 𝗥𝘂𝗰𝗵𝘂 𝗣𝗜𝗢𝗡. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i Uniwersytet Pedagogiczny, a swoje kompetencje uzupełniła Dwuletnim Studium Ekonomicznym o specjalizacji Administracja Państwowa.
Jest autorką esejów społeczno-kulturowych i publicystką, specjalizującą się w analizie mechanizmów psychologicznych i kulturowych kształtujących współczesny dyskurs publiczny. Jej prace koncentrują się na obronie humanizmu i merytokracji w dobie cyfrowej.

𝗪𝗘𝗦𝗣𝗥𝗭𝗬𝗝 KULTURĘ 𝗢𝗕𝗜𝗘𝗞𝗧𝗬𝗪𝗜𝗭𝗠𝗨:

Tylko udostępniając i komentując merytoryczne treści, jak ta, przyczyniasz się do przełamania w 𝗜𝗻𝘁𝗲𝗿𝗻𝗲𝗰𝗶𝗲 𝘀𝘇𝗸𝗼𝗱𝗹𝗶𝘄𝗲𝗴𝗼 𝘁𝗿𝗲𝗻𝗱𝘂 𝘄𝘆𝗿𝘂𝗴𝗼𝘄𝘆𝘄𝗮𝗻𝗶𝗮 𝘇 𝗽𝗿𝘇𝗲𝘀𝘁𝗿𝘇𝗲𝗻𝗶 𝗽𝘂𝗯𝗹𝗶𝗰𝘇𝗻𝗲𝗷 𝗸𝘂𝗹𝘁𝘂𝗿𝘆 𝘄𝘆𝗽𝗼𝘄𝗶𝗲𝗱𝘇𝗶 𝗼𝗽𝗮𝗿𝘁𝗲𝗷 𝗻𝗮 𝗼𝗯𝗶𝗲𝗸𝘁𝘆𝘄𝗶𝘇𝗺𝗶𝗲.


Eseistyka idei i metapolityka w służbie polskiego obywatela. Niezależna myśl opiniotwórcza intelektualistki społecznej która analizuje mechanizmy kształtujące polską rzeczywistość.

𝗔𝗟𝗚𝗢𝗥𝗬𝗧𝗠 𝗪𝗦𝗭𝗘𝗖𝗛𝗥𝗭𝗘𝗖𝗭𝗬AI przyspieszyła moje myślenie i podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniona. Wielu z nas, szczegó...
20/05/2026

𝗔𝗟𝗚𝗢𝗥𝗬𝗧𝗠 𝗪𝗦𝗭𝗘𝗖𝗛𝗥𝗭𝗘𝗖𝗭𝗬

AI przyspieszyła moje myślenie i podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniona.

Wielu z nas, szczególnie tych, którzy pracują z ideami, tekstem, analizą, odkryło w niej realne narzędzie, które faktycznie poszerza możliwości intelektualne.

Problem polega na tym, że sprawność intelektualna i widoczność w przestrzeni cyfrowej to dwie zupełnie różne gry, rządzące się zupełnie różnymi regułami.

Ta sama technologia, która służy nam jako narzędzie myślenia, służy jednocześnie platformom jako mechanizm selekcji.

Chodzi o model biznesowy, który strukturalnie premiuje określone treści, określone formaty i określone profile, niezależnie od wartości tego, co się mówi.

Bo możesz być intelektualnie sprawniejsza/y niż kiedykolwiek i algorytmicznie niewidzialna/y jednocześnie. To nie jest paradoks lecz przemyślana architektura nastawiona na zysk.

I właśnie to jest sedno problemu, który wciąż pozostaje nierozpoznany przez większość z Nas, użytkowników. I pozostawiony bez rozwiazań legislacyjnych.

Należy jasno to powiedzieć: nie jesteśmy klientami tych platform tylko narzędziem w maszynie do zarabiania pieniędzy. Jesteśmy pracownikami, wolontariuszami.

Nasze dane, nasza uwaga, nasze treści, pragnienia bycia widzianymi generują zyski, nad którymi nie mamy żadnej kontroli.

Ta algorytmiczna niewidzialność to nie tylko problem zasięgów czy utraconych zysków. To przede wszystkim potężny, cichy kryzys zdrowia psychicznego. Człowiek z natury potrzebuje uznania i kontaktu. Kiedy algorytm arbitralnie decyduje o ukryciu naszej twórczości, pracy czy myśli, nasz mózg odczytuje to jako głębokie, społeczne odrzucenie.

Efekty widzimy w gabinetach psychoterapeutycznych i statystykach medycznych. Ostracyzm cyfrowy prowadzi wprost do stanów lękowych, głębokiej depresji, a w skrajnych przypadkach do tragedii i prób samobójczych. Ludzie, zwłaszcza młodzi twórcy, wpadają w pętlę autodestrukcji, desperacko modyfikując swoje zachowania pod dyktando niewidzialnego kodu, tracąc przy tym poczucie własnej wartości i sensu. To cybernetyczna samotność, która dosłownie niszczy ludzkie życie.

Przejdźmy do suchych liczb, aby uświadomić sobie, że nie mówimy o urażonej dumie twórców, lecz o publicznej katastrofie zdrowotnej.

Kiedy kilka lat temu do opinii publicznej wyciekły wewnętrzne, tajne raporty Facebooka i Instagrama, światło dzienne ujrzały porażające fakty. Aż 32% nastolatek przyznało, że kiedy czuły się źle ze swoim ciałem, algorytmy platform pogarszały ten stan. Co najbardziej przerażające, w tych samych badaniach 13% użytkowników z Wielkiej Brytanii i 6% z USA bezpośrednio powiązało swoje myśli samobójcze i chęć odebrania sobie życia z mechanizmami działania algorytmu.

Najnowsze niezależne analizy kliniczne potwierdzają, że nastolatki i młodzi dorośli spędzający na platformach powyżej 3 godzin dziennie mają dwukrotnie wyższe ryzyko zapadnięcia na głęboką depresję i stany lękowe.

Algorytmiczny ostracyzm czyli celowe i bezduszne wycinanie zasięgów wywołuje w ludzkim mózgu reakcję neurobiologiczną identyczną z fizycznym odrzuceniem przez grupę. Badania z użyciem rezonansu magnetycznego dowodzą, że cyfrowe wykluczenie aktywuje przednią korę zakrętu obręczy, ten sam obszar, który odpowiada za przetwarzanie fizycznego bólu. Dla naszego układu nerwowego niewidzialność w sieci to sygnał o realnym wygnaniu z plemienia, popychający tysiące ludzi w ramiona klinicznej apatii, samookaleczeń i głębokiej rozpaczy.

To jest kwestia etyczna, wymagająca odpowiedzi systemowej. Bo jeśli nie zawalczymy teraz to potem nie będzie komu walczyć.

Tą odpowiedzią może być tylko regulacja na poziomie europejskim, twarda, egzekwowalna legislacja, która zmusi Big Tech do transparentności algorytmów, ochrony twórców treści czyli wszystkich użytkowników i rzeczywistej odpowiedzialności za architekturę wpływu, którą stworzyli.

19/05/2026





15/05/2026

Obserwuję przygotowania środowiska akademickiego do 𝗣𝗥𝗢𝗧𝗘𝗦𝗧𝗨 𝟮𝟳 𝗠𝗮𝗷𝗮 i oto co zauważyłam:

W debacie publicznej mówi się o pensjach i procentach PKB. To ważne, ale to nie jest cała historia, bo jest coś, co umknęło większości obserwatorów, a może i samych protestujących.

Stoimy u progu nowej ery, w której trwa wyścig o ogień. Tym ogniem jest obecnie technologia AI. Kto będzie ją kontrolował, będzie kontrolował rynek, gospodarkę i politykę. Nie za sto lat. Za dekadę.

Izrael przeznacza na naukę ponad 𝟲% 𝗣𝗞𝗕. Korea Południowa blisko 𝟱%. Polska tylko 𝟭,𝟰𝟭%.

To nie jest tylko kwestia godnych pensji dla doktorantów. To jest system naczyń połączonych: bez finansowania nauki nie ma polskich modeli AI. Bez polskich modeli AI 𝗕𝗶𝗲𝗹𝗶𝗸 znika, nie przez zakaz, ale przez regulację, na którą nas nie stać. A krakowski superkomputer Gaia za 300 milionów złotych staje się luksusowym terminalem do obsługi cudzej wizji świata.

𝗧𝗲𝗻 𝗮𝘂𝗱𝗶𝗼𝗯𝗼𝗼𝗸 𝘁𝗼 𝟯𝟯 𝗺𝗶𝗻𝘂𝘁𝘆 𝗮𝗻𝗮𝗹𝗶𝘇𝘆 𝘁𝗲𝗴𝗼 𝘀𝘆𝘀𝘁𝗲𝗺𝘂. Od protestu pod Sejmem, aż po stoliki w Brukseli i Dolinie Krzemowej, przy których Polska jeszcze nie siedzi.

🎙️ 𝗣𝗼𝘀ł𝘂𝗰𝗵𝗮𝗷

Doktor fizyki z 𝗣𝗔𝗡. Obsługa mikroskopu za miliony złotych. Pensja - płaca minimalna. To nie jest wyjątek. To jest syste...
15/05/2026

Doktor fizyki z 𝗣𝗔𝗡. Obsługa mikroskopu za miliony złotych. Pensja - płaca minimalna. To nie jest wyjątek. To jest system. I to jest powód, dla którego 𝟮𝟳 𝗺𝗮𝗷𝗮 ma znaczenie daleko poza środowiskiem naukowym.
𝘾𝙯𝙮𝙩𝙖𝙟 𝙚𝙨𝙚𝙟 →

Kto nie płaci za własną naukę, ten traci głos w sprawie własnej przyszłości.

𝗟𝗜𝗦𝗧 𝗢𝗧𝗪𝗔𝗥𝗧𝗬 𝗥𝗨𝗖𝗛𝗨 𝗢𝗕𝗬𝗪𝗔𝗧𝗘𝗟𝗦𝗞𝗜𝗘𝗚𝗢 𝗣𝗜𝗢𝗡  Do: Środowiska Naukowego, Decydentów oraz Obywateli Rzeczypospolitej W obliczu z...
14/05/2026

𝗟𝗜𝗦𝗧 𝗢𝗧𝗪𝗔𝗥𝗧𝗬 𝗥𝗨𝗖𝗛𝗨 𝗢𝗕𝗬𝗪𝗔𝗧𝗘𝗟𝗦𝗞𝗜𝗘𝗚𝗢 𝗣𝗜𝗢𝗡 Do: Środowiska Naukowego, Decydentów oraz Obywateli Rzeczypospolitej

W obliczu zapowiedzianego na 27 maja protestu naukowców oraz postępującej marginalizacji polskiej myśli technicznej w dobie globalnej rewolucji AI, zabieram głos w sposób szczególny.

27 maja 1944 roku mój dziadek, Bolesław Jamróz, żołnierz AK i społecznik, oddał życie za wolną Polskę. Dziś, dokładnie w rocznicę jego śmierci, polscy naukowcy wychodzą pod Sejm, by walczyć o suwerenność intelektualną naszego państwa.

Jako jego wnuczka oraz założycielka Ruchu PION, publikuję poniższą analizę jako wyraz solidarności i apel o przywrócenie podmiotowości polskiej nauce. Wierzę, że prawo do własnej myśli i technologii to nowoczesna forma walki o tę samą wolność, za którą osiemdziesiąt dwa lata temu płacono najwyższą cenę.

O CO WALCZĄ NAUKOWCY I CZY NIE JEST ZA PÓŹNO

Kto nie płaci za własną naukę, ten traci głos w sprawie własnej przyszłości. I suwerenności.

➡️𝗣𝗥𝗢𝗧𝗘𝗦𝗧
27 maja naukowcy, doktoranci i studenci wyjdą pod Sejm. Domagają się podniesienia nakładów na polską naukę i badania do poziomu 3% PKB do 2030 roku, co jest celem dla całkowitych wydatków na B+R (Badania i Rozwój), włącznie z systemowym zachęcaniem biznesu do inwestycji.

Obecnie wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,41% PKB, podczas gdy na samą naukę i szkolnictwo wyższe Polska przeznacza jeden z najniższych odsetków w krajach OECD.

Globalni i europejscy liderzy: Izrael wydaje ponad 6% PKB, Korea Południowa niemal 5%, a kraje takie jak Szwecja (3,57%), Belgia (3,36%) czy Niemcy (3,13%) dalece wyprzedzają Polskę.

Porównajmy to z zarobkami:
Aby zrozumieć głębię kryzysu polskiej nauki, trzeba przyjrzeć się dwóm całkowicie odmiennym ścieżkom, jakimi młodzi magistrowie próbują zdobyć stopień doktora. System zmusza ich do wyboru między dwiema formami finansowej degradacji.
Z jednej strony mamy doktoranta w Szkole Doktorskiej. Formalnie ma status ucznia-badacza. Nie posiada umowy o pracę, a jego głównym zadaniem jest prowadzenie badań i pisanie rozprawy, przy minimalnym obciążeniu dydaktycznym. Państwo wycenia jego miesięczną egzystencję na stypendium w wysokości 3570,50 złotych, kwotę rażąco niższą od jakichkolwiek standardów rynkowych.
Z drugiej strony stoi asystent, pełnoprawny pracownik uniwersytetu zatrudniony na umowę o pracę w pełnym wymiarze 40 godzin tygodniowo. To na jego barki spada realizacja ogromnego pensum dydaktycznego, czyli nawet 240 godzin rocznych wykładów i ćwiczeń ze studentami. Asystent musi uczyć, brać odpowiedzialność za proces dydaktyczny, a doktorat pisać „po godzinach”, mając nad sobą widmo zwolnienia z pracy, jeśli nie obroni się w wyznaczonym terminie. Ten przemęczony, obciążony pracownik etatowy otrzymuje pensję zasadniczą w wysokości 4825 złotych brutto.

W tym miejscu wyłania się obraz ponurego absurdu. Od 1 stycznia 2026 roku ustawowa płaca minimalna w Polsce wynosi 4806 złotych brutto. Oznacza to, że człowiek na pełnym, akademickim etacie, kształcący przyszłe elity kraju, zarabia zaledwie 19 zł (dziewiętnaście złotych) ponad absolutne minimum przewidziane dla pracowników niewykwalifikowanych. Z kolei jego młodszy kolega, doktorant, otrzymuje o 1254,50 złotych mniej niż asystent, co spycha go poniżej progu płacy minimalnej. System akademicki przestał być elitarną ścieżką rozwoju i stał się sferą budżetowego ubóstwa.

Ten ponury absurd znalazł swoje potwierdzenie w głośnej, medialnej sprawie ze stycznia 2026 roku, kiedy Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk (IF PAN) opublikował ofertę pracy na stanowisko asystenta w Grupie Mikroskopii Elektronowej. Oferowane wynagrodzenie wynosiło dokładnie 4806 zł brutto, czyli płacę minimalną, co wywołało ogromną burzę medialną w Polsce. Wymagania dla kandydata były ekstremalnie wysokie: stopień doktora fizyki oraz około 4 lat doświadczenia (profil Post-Doc). Głównym zadaniem miała być obsługa zaawansowanego, wartego miliony złotych mikroskopu elektronowego Titan Cubed 80-300. Ofertę jako pierwszy publicznie skrytykował prof. Piotr Sankowski, a do sprawy musiał odnieść się nawet Minister Nauki. Były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz, Andrzej Dybczyński, skomentował tę sytuację w serwisie X, pisząc: „Gwarantuję: głód, brak możliwości założenia rodziny, brak możliwości zamieszkania, upodlenie materialne, frustrację, depresję i owocowe czwartki”.

Tę upokarzającą dysproporcję najpełniej widać też w zestawieniu z realiami Europy Zachodniej. W Stuttgarcie, w Badenii-Wirtembergii, gdzie standardy pracy są chronione, pomoc domowa w domu jednorodzinnym zarabia nawet 17 euro za godzinę. Polski badacz z doktoratem zarabia na godzinę blisko trzykrotnie mniej niż pracownik fizyczny w Niemczech. To jest miara polskiego zaniedbania elit intelektualnych, które mają przed sobą tak upokarzające wybory zarobkowe.

Organizatorzy protestu mają rację. To jest walka o godność elit, z której rodzi się bezpieczeństwo państwa. Aby jednak zrozumieć prawdziwą stawkę, trzeba spojrzeć szerzej, na globalną rywalizację o technologię, regulacje i wpływ. Analiza międzynarodowego środowiska etyki sztucznej inteligencji i sieci badaczy z różnych krajów, którą prowadzę od kilku lat, uwidacznia, że gdy Polska liczy grosze na naukę, ktoś inny już przy stole siedzi i ustala reguły. Bez nas. Zamiast nas.

Ich protest o godne pensje, stypendia na poziomie co najmniej płacy minimalnej oraz dodatkowy miliard złotych na badania to w istocie walka o to, by Polska mogła osiągnąć te 3% PKB, tworząc własne innowacje, takie jak Bielik, a nie kupując „cudzą wizję świata”.

Ten tekst jest próbą pokazania, jak te dwie rzeczy są ze sobą połączone. I dlaczego 27 maja to ważniejszy dzień niż myślimy.

Kryzys suwerenności technologicznej Polski najpełniej unaocznia rażący rozdźwięk między unijnymi ambicjami a krajową rzeczywistością systemową. Choć unijny AI Act wymagał powołania krajowego organu nadzoru do 2 sierpnia 2025 roku, polski projekt ustawy o systemach sztucznej inteligencji utknął w procedurach i trafił do Sejmu z wielomiesięcznym opóźnieniem. Nowo tworzona Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji (KRiBSI) ma dysponować rocznym budżetem rzędu zaledwie 31 milionów złotych, czyli kwotą, którą globalni giganci technologiczni wydają na lobbing w ciągu jednego miesiąca. Co gorsza, w jej czysto urzędniczym składzie zabrakło stałych miejsc dla naukowców, co obnaża głębszą strukturalną ranę: państwo od lat odmawia płacenia za ekspercką wiedzę. W realiach, gdzie stawka godzinowa asystenta akademickiego wypada upokarzająco nisko w starciu z sektorem komercyjnym czy prostymi usługami prywatnymi, polska nauka traci zdolność kształcenia kadr dla sektora publicznego. W efekcie państwowi urzędnicy zostaną zmuszeni do audytowania nieprzejrzystych, zagranicznych algorytmów bez odpowiedniego zaplecza intelektualnego. To puste krzesło przy globalnym stole technologicznym nie jest zatem wyrazem naszej neutralności, lecz bezwiedną zgodą na to, by cyfrowy ład nad Wisłą został urządzony bez naszego udziału.

➡️JAK SIĘ PISZE PRAWO ŻEBY WYGRAĆ RYNEK

Zacznijmy od mechanizmu, który w naukach politycznych i ekonomii nosi oficjalną nazwę zawłaszczenia regulatora (ang. regulatory capture). Jest to sytuacja, w której firmy, które miały być kontrolowane przez prawo, zamiast tego zaczynają je kształtować na własną korzyść. Historia zna ten proces doskonale. W XIX wieku w Stanach Zjednoczonych, po tym jak społeczeństwo zażądało kontroli nad monopolem kolejowym (tworzonym przez tzw. Robber Barons), rząd powołał komisje regulacyjne. Właściciele kolei szybko zmienili strategię: zamiast walczyć z nowym prawem, postanowili je napisać, wykorzystując lukę w eksperckiej wiedzy państwa. Ponieważ komisje te nie dysponowały własnymi specjalistami, kluczowe stanowiska obsadzono prawnikami i menedżerami rekrutowanymi bezpośrednio z branży kolejowej. Następnie firmy te lobbowały za wprowadzeniem tysięcy niezwykle skomplikowanych, technicznych przepisów, licencji i kosztownych certyfikatów bezpieczeństwa. Dla wielkich korporacji kolejowych ten koszt był łatwy do poniesienia, ale dla każdego potencjalnego, małego konkurenta stał się ścianą biurokracji nie do przeskoczenia. W ten sposób państwowa regulacja, która miała chronić obywateli przed monopolem, nieświadomie zabetonowała rynek, chroniąc dotychczasowych gigantów.

Dziś to samo dzieje się z AI. Tyle że szybciej i na skalę globalną. Wielkie firmy technologiczne głośno domagają się regulacji. To brzmi odpowiedzialnie, ale przyjrzyjmy się bliżej czego konkretnie chcą. Chcą obowiązkowych audytów bezpieczeństwa, certyfikacji modeli AI i międzynarodowych standardów. Wszystko rozsądnie brzmi dopóki nie zapytamy kto za to zapłaci.

Audyt bezpieczeństwa dla jednego modelu AI kosztuje od 160 do 300 tysięcy euro. Certyfikacja to kolejne kilkadziesiąt tysięcy rocznie. Dla Google czy Microsoft to koszt jednej narady zarządu. Dla projektu oddolnego, stworzonego przez polskich pasjonatów bez korporacyjnego budżetu to koniec projektu.

I tu właśnie wracamy pod Sejm. Bo jeśli doktorant zarabia tyle co kasjer w supermarkecie, to polska nauka nie ma zasobów żeby tworzyć własne odpowiedzi na te regulacje. Nie ma kto pisać polskich standardów. Nie ma kto siedzieć w tych komisjach. Nie ma kto bronić polskiego interesu w Brukseli. Puste krzesło przy stole to nie neutralność, to kapitulacja.

➡️STO DWADZIEŚCIA PIĘĆ MILIONÓW DOLARÓW NA JEDEN CEL
Żeby zrozumieć skalę tego co się dzieje, potrzebujemy kilku liczb.

W pierwszej połowie 2025 roku największe firmy AI wydały łącznie 36 milionów dolarów na lobbing federalny w USA. Tylko w pierwszej połowie roku. Meta zatrudnia dziś jednego lobbystę na każdych sześciu członków Kongresu. Nie po to żeby przekonywać polityków do swoich racji. Po to żeby być w pokoju w którym prawo powstaje zanim ktokolwiek inny w ogóle usłyszy że odbywa się spotkanie.

W 2025 roku powstał komitet polityczny o nazwie “Leading the Future”. Założony przez prezydenta OpenAI i jeden z największych funduszy venture capital w Dolinie Krzemowej. Zebrał 125 milionów dolarów. Jego zadeklarowany cel: wspierać kandydatów przychylnych AI i eliminować tych którzy chcą regulacji. To nie jest typowy lobbing; to coś zupełnie innego, to wpływ na to, kto będzie pisał prawo, a nie tylko jego kształt.

Polska jest w Unii Europejskiej. A Unia właśnie wdraża AI Act, pierwsze na świecie kompleksowe prawo regulujące sztuczną inteligencję. Te same firmy które wydają setki milionów na kształtowanie prawa w USA, równolegle lobbują w Brukseli. Z tymi samymi argumentami. Z tymi samymi pieniędzmi.

Podczas gdy polskie Narodowe Centrum Nauki walczy o każdy milion na badania podstawowe dla tysięcy badaczy, garstka firm AI wydaje na półroczny lobbing w Waszyngtonie kwotę stanowiącą blisko 10% całego rocznego budżetu NCN na granty. To nie jest nierówna walka. To jest walka w której jedna strona jeszcze nie wie że gra. I właśnie dlatego każdy złoty zabrany polskiej nauce, każde laboratorium które nie powstaje, każdy doktorant który odchodzi do korporacji bo nie może utrzymać rodziny za akademicką pensję, to nie jest tylko dramat środowiska naukowego. To jest osłabienie jedynej linii obrony którą mamy.

➡️INWESTYCJA BEZ OSŁONY: GAIA, PLLUM I BIELIK
11 maja 2026 roku, w zabytkowych Sukiennicach w Krakowie, Polska uroczyście zainaugurowała Gaia AI Factory, projekt za 300 milionów złotych, jeden z największych w Europie Środkowo-Wschodniej. Superkomputer, infrastruktura, moce obliczeniowe. Krok, który politycy słusznie nazwali budowaniem cyfrowej suwerenności.

Gaia to potężna maszyna obliczeniowa, czyli infrastruktura, „ciało”. Aby miała sens, potrzebuje własnej polskiej „myśli”: dużych modeli językowych, które myślą po polsku nie tylko gramatycznie, ale i kulturowo oraz prawnie. Polska ma dziś dwa takie kluczowe projekty: PLLuM (Polish Large Language Model), tworzony przez konsorcjum z udziałem PAN i NASK, oraz oddolny Bielik. To one decydują o tym, czy krakowski superkomputer będzie służył polskiej nauce i administracji, czy jedynie stanie się węzłem do trenowania cudzych, zagranicznych algorytmów.

I tu pojawia się problem: unijny AI Act. Prawo to przewiduje zwolnienia (ulgi) dla projektów open source, takich jak Bielik, aby chronić je przed regulacyjnym uściskiem. Jednak to wyłączenie natychmiast przestaje obowiązywać, gdy model jest używany przez administrację publiczną, szpitale czy firmy w obszarach wysokiego ryzyka. A Gaia powstała właśnie po to, by im służyć. W efekcie, polskie projekty automatycznie wpadają w ten sam reżim regulacyjny co Google i Microsoft. W praktyce oznacza to, że polski projekt musi ponieść koszty, na które nie stać polskiej nauki: obowiązkowe audyty bezpieczeństwa, które kosztują 160 - 300 tysięcy euro. Dla PLLuM-a może to oznaczać koniec projektu.

Prawdziwym wrogiem polskiej suwerenności jest jednak czas i paraliż finansowy państwa. Unijny AI Act przewidział mechanizmy obronne: państwo może wziąć na siebie ciężar certyfikacji poprzez Komisję Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji (KRiBSI) i musi stworzyć piaskownice regulacyjne (Regulatory Sandboxes), w których krajowe innowacje bezpłatnie dostosują się do rygorystycznych przepisów. Tyle że państwo jest dziś finansowo niewydolne, by te mechanizmy uruchomić: budżet KRiBSI to zaledwie 31 milionów złotych (mniej niż miesięczny lobbing gigantów), a państwowi specjaliści uciekają do sektora prywatnego, bo zarabiają płacę minimalną. Dlatego postulat 3% PKB jest tak krytyczny. To nie jest tylko walka o godne pensje, lecz o stworzenie narodowego budżetu operacyjnego, zdolnego pokryć koszty unijnej certyfikacji, który umożliwi wdrożenie tych unijnych wentyli bezpieczeństwa i pozwoli polskim modelom legalnie wejść do administracji publicznej i medycyny.

Każdy złoty zabrany naukowcom budującym te modele to krok w kierunku, w którym krakowska Gaia staje się luksusowym terminalem do obsługi cudzej wizji świata.

➡️PUŁAPKA TRZECH WYBORÓW
Warto przyjrzeć się temu, dokąd ci ludzie faktycznie odchodzą i na jakich warunkach. Obraz, który wyłania się z ogłoszeń na LinkedIn (największym na świecie portalu rekrutacyjnym dla profesjonalistów) jest bardzo wymowny.

Firma Crossing Hurdles, globalny operator rekrutacyjny z siedzibą w Gurgaon w Indiach, pozyskuje regularnie polskich specjalistów dla klientów z branży AI w Dolinie Krzemowej. Oferowane stanowisko: AI Output Analysis Specialist. Wymagania: wyższe wykształcenie, biegła polszczyzna, zdolność krytycznego myślenia, umiejętność wykrywania błędów i tendencyjności w odpowiedziach modeli językowych. Praca zdalna, od dziesięciu do czterdziestu godzin tygodniowo. Wynagrodzenie? 11-15 dolarów za godzinę na kontrakcie B2B, stanowiąca przychód, z którego specjalista musi samodzielnie opłacić wszystkie składki (ZUS, podatek), bez urlopu czy emerytury.

Polski naukowiec staje więc przed wyborem między trzema wariantami tej samej pułapki: Może zostać na uczelni za 3570 złotych brutto. Może dorabiać jako specjalista od analizy modeli AI, co przy czterdziestu godzinach tygodniowo to de facto pełny etat, ale pozbawiony jakichkolwiek praw pracowniczych. Może wreszcie odejść do zagranicznej korporacji działającej w Polsce, gdzie zarobi więcej, ale podpisze umowę lojalnościową i będzie pracować nad ściśle określonym wycinkiem cudzego projektu.

I tu pojawia się mechanizm, który jest trudny do zobaczenia, dopóki nie złoży się wszystkich elementów razem. Każdy z tych naukowców, każdy z tych specjalistów pracuje nad swoim małym fragmentem: analizuje odpowiedzi modelu, wykrywa błędy, ocenia jakość językową. Każdy z osobna myśli, że po prostu wykonuje pracę. Ale gdy spojrzeć na całość, okazuje się, że tysiące wykształconych Polaków, swoją wiedzą i czasem, kształtują modele językowe - tylko nie polskie. Polskie bowiem nie mogą udźwignąć kosztów audytu.

➡️CZŁOWIEK PO PIĘĆDZIESIĄTCE I ALGORYTM Z SAN FRANCISCO
Jest jeszcze jeden wymiar tej historii, który dotyka każdego, nie jako obywatela debaty o technologii, ale jako pracownika.

Marc Benioff, założyciel i CEO Salesforce, jest jedną z najgłośniejszych twarzy ruchu na rzecz "bezpiecznego AI”. Salesforce to firma, której oprogramowanie obsługuje działy HR i Customer Service w tysiącach korporacji na całym świecie. Decyduje kto dostaje zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Kto zostaje odfiltrowany zanim jego CV trafi do człowieka. Kto "nie pasuje do profilu."

Ten sam Benioff, który publicznie domaga się regulacji chroniących ludzi przed AI, potwierdził, że zredukował personel obsługi klienta z 9 tysięcy do 5 tysięcy (czyli o 4 tysiące stanowisk) z powodu wdrożenia Agentforce, systemu, który sam stworzył i który teraz sprzedaje innym korporacjom.

Jeśli globalne standardy „bezpiecznego AI” zostaną napisane pod dyktando Salesforce i jemu podobnych, algorytmy decydujące o zatrudnieniu w Polsce staną się czarnymi skrzynkami z importu. Gotowe. Zamknięte.

Choć unijny AI Act teoretycznie daje państwu prawo do audytu, to w rzeczywistości jest papierowym tygrysem, gdyż deleguje kontrolę na same korporacje (tzw. samoocena). Polski regulator, nawet jeśli zechce sprawdzić kod chroniony tajemnicą przedsiębiorstwa firmy z San Francisco, zderzy się z fundamentalnym brakiem kadr, bo polska nauka nie kształci ekspertów dla państwa, lecz dla tychże korporacji. Nawet jeśli polski urzędnik uzyska wgląd w dokumentację, będzie ona dotyczyć modelu wytrenowanego na danych z innego kręgu kulturowego i gospodarczego.

W efekcie ciężar dowodu spadnie na dyskryminowanego pracownika. Czy polski bezrobotny 50+ ma szansę w starciu z armią prawników Salesforce, by przed sądem udowodnić stronniczość algorytmu, którego nikt w Polsce nie potrafi nawet poprawnie odczytać? To nie jest brak prawa, tylko brak realnej siły sprawczej, by to prawo wyegzekwować na cudzym, zamkniętym kodzie.

Walka z ageizmem, o równość na rynku pracy, o godność pracownika zaczyna się dziś nie w sądach pracy ani w komisjach sejmowych. Zaczyna się w decyzji, czy Polska będzie tworzyć własną technologię, czy tylko używać cudzej. Technologia zaś nie rodzi się w garażu miliardera. Rodzi się na uniwersytetach, w laboratoriach, w głowach doktorantów, którzy dziś zarabiają mniej niż minimalna krajowa. Jeśli tych doktorantów nie będzie, nie będzie nikogo, kto napisze algorytm rozumiejący polskie realia, polską kulturę pracy i polskie wartości.

➡️KUPOWANIE MANDATU MORALNEGO: Jak powstaje „bezpieczne AI”

Istnieje wymiar tej historii, który dotyka fundamentów społecznego zaufania i uświadamia, jak delikatna staje się granica między moralnością a interesem.

Centralną rolę w lobbingu moralnym odgrywa Future of Life Institute (FLI), wpływowa prywatna fundacja z siedzibą w Dolinie Krzemowej. Choć w powszechnej opinii instytut ten był kojarzony z Elonem Muskiem (który przekazał mu skromne w tej skali 10 milionów dolarów), jego realna siła polityczna narodziła się w 2021 roku, kiedy twórca Ethereum, Vitalik Buterin, przekazał kryptowaluty o wartości ponad pół miliarda dolarów. Buterin, młody i genialny programista kierujący się tzw. efektywnym altruizmem, wierzył, że finansuje niezależne badania akademickie nad bezpieczeństwem ludzkości. Nie przewidział jednak, że ogromne pieniądze przyciągną zawodowych graczy politycznych. Gdy FLI otrzymało astronomiczną fortunę, z akademickiego think-tanku zrodziła się potężna korporacja polityczna. Pieniądze zamiast wspierać wolną myśl naukową, zaczęły finansować agresywny lobbing i tworzenie skomplikowanych przepisów prawnych. Mechanizm zawłaszczenia regulatora stał się tak jaskrawy, że w marcu 2026 roku sam Buterin publicznie odciął się od działań instytutu, zarzucając mu dążenie do wprowadzenia opresyjnych regulacji. To ostateczny dowód na to, jak przewrotny jest ten mechanizm: potrafi oszukać idealistę, zamieniając jego marzenie o bezpiecznej przyszłości w nudny, biurokratyczny bat, który ma zabetonować rynek dla najsilniejszych.

FLI realizuje ten mechanizm m.in. poprzez uruchomienie programu grantowego, którego celem jest zaangażowanie przywódców religijnych w globalną debatę o sztucznej inteligencji. Zastanawiające jest, dlaczego instytucja aspirująca do roli globalnego sumienia ludzkości nie prowadzi tej debaty w ramach uznanych struktur międzynarodowych, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, lecz realizuje ją za pomocą prywatnego kapitału.

Nie chodzi tu o teologię, lecz o zasięg i moralny mandat. Kościoły i inne wspólnoty docierają do milionów wyborców, do których nie trafi żaden portal technologiczny. Dla wielu ludzi głos duchownego jest głosem ostatecznym, szczególnie w kwestii etyki i wartości.

Ta strategia nie kończy się jednak na poziomie parafii. Jej kulminacją jest rzymski plac świętego Piotra, gdzie giganci tacy jak Microsoft i IBM podpisują z Watykanem „Rome Call for AI Ethics”. Korporacje zyskują nimb obrońców godności ludzkiej, a Kościoły poczucie wpływu na najważniejszą technologię naszych czasów. Etyka przestaje być polem krytycznego namysłu nauki, a staje się narzędziem systemu, w którym dobro i zło definiuje się przy stoliku, przy którym siedzą miliarderzy i hierarchowie, lecz brakuje niezależnych badaczy i demokratycznej kontroli.

Mechanizm jest subtelny: proboszcz w Polsce, w dobrej wierze, przekazuje parafianom narrację, że lokalny projekt oddolny, niekorporacyjny, jest ryzykowny, bo nie ma „certyfikatu bezpieczeństwa”. W ten sposób, z pomocą moralnego autorytetu, narzucony zostaje system, który faworyzuje technologicznych gigantów (stać ich na audyty i certyfikację) kosztem małych, suwerennych inicjatyw takich jak Bielik.

I to właśnie ci parafianie są wyborcami. Głosują na polityków, którzy zdecydują o tym, ile pieniędzy trafi na polską naukę. I na Bielika. I na to, czy Polska wejdzie w erę AI z własnym głosem czy bez.

➡️AI BEZ POLSKICH WARTOŚCI NIE JEST NEUTRALNA, JEST CUDZA
Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba powiedzieć wprost.

Sztuczna inteligencja nie jest neutralna. Każdy model językowy jest kształtowany przez wartości tych którzy go stworzyli. Przez ich język, historię i rozumienie tego co normalne, właściwe i ważne.

ChatGPT rozumie świat przez pryzmat anglosaskiej kultury, a Gemini przez pryzmat Google. Żaden z nich nie ma zapisanego w kodzie co to znaczy być Polakiem. Nie zna ciężaru rozbiorów. Nie rozumie dlaczego suwerenność dla Polaka to nie abstrakcja, lecz pamięć zapisana w genach pokoleń, które walczyły żeby ten kraj w ogóle istniał.

Bielik to rozumie, bo powstał tu. Bo tworzyli go ludzie którzy myślą po polsku, nie tylko językowo ale kulturowo. Którzy wiedzą czym jest polskie prawo, polska tradycja, polska wrażliwość społeczna.

Jeśli Polska nie będzie tworzyć własnej technologii, nie będzie miała narzędzia które myśli po polsku. Będzie używać narzędzi które myślą za nią, w cudzym języku narzuconych ideologii, z założeniami, które być może nie są dla nas korzystne. Z obcymi wartościami zapisanymi w kodzie, którego nikt jej nie pokaże i którego nie będzie mogła zmienić.

To nie jest kwestia techniczna. To jest pytanie o prawo Polski do kształtowania własnego społeczeństwa po swojemu, nie globalnie i nie dla kogoś. Dla siebie.

➡️POWRÓT POD SEJM
Wróćmy więc pod Sejm. 27 maja.

Naukowcy którzy tam staną walczą o finansowanie badań. O godne warunki pracy. O to żeby polska nauka mogła istnieć. Mają rację w każdym słowie i każdy kto rozumie wagę tego momentu powinien ich wesprzeć.

Pod Sejmem zawalczą o przetrwanie swojego środowiska.

Ale stawką jest coś więcej. Stawką jest prawo Polski do własnego głosu w sprawie technologii która w ciągu najbliższej dekady zmieni wszystko: rynek pracy, edukację, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości i bezpieczeństwo państwa.

Kto kontroluje narrację o tym, czym jest "bezpieczne AI", ten kontroluje rynek, w następstwie kontroluje gospodarkę, a kto kontroluje gospodarkę, ten ma wpływ na politykę. To jest mechanizm, który przerabialiśmy już wielokrotnie. Tylko w innej epoce i w innym języku.

Bielik może zniknąć. Nie przez zakaz lecz przez regulację na którą nas nie stać. Przez standard który ktoś napisze za nas. Przez narrację którą ktoś zaszyje w materiałach edukacyjnych dla proboszczów zanim w Polsce ktokolwiek zda sobie sprawę że ta gra w ogóle się toczy.

Dlatego 3% PKB na naukę to nie jest postulat środowiskowy. To jest kwestia bezpieczeństwa państwa. To jest pytanie o to czy Polska wejdzie w erę AI jako podmiot czy jako konsument cudzej wizji świata.

ℹ️

Marta Jamróz-Jasiński
Założycielka Ruchu Obywatelskiego PION. Magister sztuki (Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie), absolwentka Uniwersytetu Pedagogicznego oraz Studium Administracji Państwowej. Niezależna eseistka społeczna pisząca o wpływie technologii, ekonomii i polityki na życie zwykłych obywateli ze szczególnym uwzględnieniem godności pracy, suwerenności technologicznej i społecznych skutków rozwoju AI.

Adres

Kraków

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy PION - Ruch Obywatelski umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij