14/05/2026
𝗟𝗜𝗦𝗧 𝗢𝗧𝗪𝗔𝗥𝗧𝗬 𝗥𝗨𝗖𝗛𝗨 𝗢𝗕𝗬𝗪𝗔𝗧𝗘𝗟𝗦𝗞𝗜𝗘𝗚𝗢 𝗣𝗜𝗢𝗡 Do: Środowiska Naukowego, Decydentów oraz Obywateli Rzeczypospolitej
W obliczu zapowiedzianego na 27 maja protestu naukowców oraz postępującej marginalizacji polskiej myśli technicznej w dobie globalnej rewolucji AI, zabieram głos w sposób szczególny.
27 maja 1944 roku mój dziadek, Bolesław Jamróz, żołnierz AK i społecznik, oddał życie za wolną Polskę. Dziś, dokładnie w rocznicę jego śmierci, polscy naukowcy wychodzą pod Sejm, by walczyć o suwerenność intelektualną naszego państwa.
Jako jego wnuczka oraz założycielka Ruchu PION, publikuję poniższą analizę jako wyraz solidarności i apel o przywrócenie podmiotowości polskiej nauce. Wierzę, że prawo do własnej myśli i technologii to nowoczesna forma walki o tę samą wolność, za którą osiemdziesiąt dwa lata temu płacono najwyższą cenę.
O CO WALCZĄ NAUKOWCY I CZY NIE JEST ZA PÓŹNO
Kto nie płaci za własną naukę, ten traci głos w sprawie własnej przyszłości. I suwerenności.
➡️𝗣𝗥𝗢𝗧𝗘𝗦𝗧
27 maja naukowcy, doktoranci i studenci wyjdą pod Sejm. Domagają się podniesienia nakładów na polską naukę i badania do poziomu 3% PKB do 2030 roku, co jest celem dla całkowitych wydatków na B+R (Badania i Rozwój), włącznie z systemowym zachęcaniem biznesu do inwestycji.
Obecnie wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,41% PKB, podczas gdy na samą naukę i szkolnictwo wyższe Polska przeznacza jeden z najniższych odsetków w krajach OECD.
Globalni i europejscy liderzy: Izrael wydaje ponad 6% PKB, Korea Południowa niemal 5%, a kraje takie jak Szwecja (3,57%), Belgia (3,36%) czy Niemcy (3,13%) dalece wyprzedzają Polskę.
Porównajmy to z zarobkami:
Aby zrozumieć głębię kryzysu polskiej nauki, trzeba przyjrzeć się dwóm całkowicie odmiennym ścieżkom, jakimi młodzi magistrowie próbują zdobyć stopień doktora. System zmusza ich do wyboru między dwiema formami finansowej degradacji.
Z jednej strony mamy doktoranta w Szkole Doktorskiej. Formalnie ma status ucznia-badacza. Nie posiada umowy o pracę, a jego głównym zadaniem jest prowadzenie badań i pisanie rozprawy, przy minimalnym obciążeniu dydaktycznym. Państwo wycenia jego miesięczną egzystencję na stypendium w wysokości 3570,50 złotych, kwotę rażąco niższą od jakichkolwiek standardów rynkowych.
Z drugiej strony stoi asystent, pełnoprawny pracownik uniwersytetu zatrudniony na umowę o pracę w pełnym wymiarze 40 godzin tygodniowo. To na jego barki spada realizacja ogromnego pensum dydaktycznego, czyli nawet 240 godzin rocznych wykładów i ćwiczeń ze studentami. Asystent musi uczyć, brać odpowiedzialność za proces dydaktyczny, a doktorat pisać „po godzinach”, mając nad sobą widmo zwolnienia z pracy, jeśli nie obroni się w wyznaczonym terminie. Ten przemęczony, obciążony pracownik etatowy otrzymuje pensję zasadniczą w wysokości 4825 złotych brutto.
W tym miejscu wyłania się obraz ponurego absurdu. Od 1 stycznia 2026 roku ustawowa płaca minimalna w Polsce wynosi 4806 złotych brutto. Oznacza to, że człowiek na pełnym, akademickim etacie, kształcący przyszłe elity kraju, zarabia zaledwie 19 zł (dziewiętnaście złotych) ponad absolutne minimum przewidziane dla pracowników niewykwalifikowanych. Z kolei jego młodszy kolega, doktorant, otrzymuje o 1254,50 złotych mniej niż asystent, co spycha go poniżej progu płacy minimalnej. System akademicki przestał być elitarną ścieżką rozwoju i stał się sferą budżetowego ubóstwa.
Ten ponury absurd znalazł swoje potwierdzenie w głośnej, medialnej sprawie ze stycznia 2026 roku, kiedy Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk (IF PAN) opublikował ofertę pracy na stanowisko asystenta w Grupie Mikroskopii Elektronowej. Oferowane wynagrodzenie wynosiło dokładnie 4806 zł brutto, czyli płacę minimalną, co wywołało ogromną burzę medialną w Polsce. Wymagania dla kandydata były ekstremalnie wysokie: stopień doktora fizyki oraz około 4 lat doświadczenia (profil Post-Doc). Głównym zadaniem miała być obsługa zaawansowanego, wartego miliony złotych mikroskopu elektronowego Titan Cubed 80-300. Ofertę jako pierwszy publicznie skrytykował prof. Piotr Sankowski, a do sprawy musiał odnieść się nawet Minister Nauki. Były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz, Andrzej Dybczyński, skomentował tę sytuację w serwisie X, pisząc: „Gwarantuję: głód, brak możliwości założenia rodziny, brak możliwości zamieszkania, upodlenie materialne, frustrację, depresję i owocowe czwartki”.
Tę upokarzającą dysproporcję najpełniej widać też w zestawieniu z realiami Europy Zachodniej. W Stuttgarcie, w Badenii-Wirtembergii, gdzie standardy pracy są chronione, pomoc domowa w domu jednorodzinnym zarabia nawet 17 euro za godzinę. Polski badacz z doktoratem zarabia na godzinę blisko trzykrotnie mniej niż pracownik fizyczny w Niemczech. To jest miara polskiego zaniedbania elit intelektualnych, które mają przed sobą tak upokarzające wybory zarobkowe.
Organizatorzy protestu mają rację. To jest walka o godność elit, z której rodzi się bezpieczeństwo państwa. Aby jednak zrozumieć prawdziwą stawkę, trzeba spojrzeć szerzej, na globalną rywalizację o technologię, regulacje i wpływ. Analiza międzynarodowego środowiska etyki sztucznej inteligencji i sieci badaczy z różnych krajów, którą prowadzę od kilku lat, uwidacznia, że gdy Polska liczy grosze na naukę, ktoś inny już przy stole siedzi i ustala reguły. Bez nas. Zamiast nas.
Ich protest o godne pensje, stypendia na poziomie co najmniej płacy minimalnej oraz dodatkowy miliard złotych na badania to w istocie walka o to, by Polska mogła osiągnąć te 3% PKB, tworząc własne innowacje, takie jak Bielik, a nie kupując „cudzą wizję świata”.
Ten tekst jest próbą pokazania, jak te dwie rzeczy są ze sobą połączone. I dlaczego 27 maja to ważniejszy dzień niż myślimy.
Kryzys suwerenności technologicznej Polski najpełniej unaocznia rażący rozdźwięk między unijnymi ambicjami a krajową rzeczywistością systemową. Choć unijny AI Act wymagał powołania krajowego organu nadzoru do 2 sierpnia 2025 roku, polski projekt ustawy o systemach sztucznej inteligencji utknął w procedurach i trafił do Sejmu z wielomiesięcznym opóźnieniem. Nowo tworzona Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji (KRiBSI) ma dysponować rocznym budżetem rzędu zaledwie 31 milionów złotych, czyli kwotą, którą globalni giganci technologiczni wydają na lobbing w ciągu jednego miesiąca. Co gorsza, w jej czysto urzędniczym składzie zabrakło stałych miejsc dla naukowców, co obnaża głębszą strukturalną ranę: państwo od lat odmawia płacenia za ekspercką wiedzę. W realiach, gdzie stawka godzinowa asystenta akademickiego wypada upokarzająco nisko w starciu z sektorem komercyjnym czy prostymi usługami prywatnymi, polska nauka traci zdolność kształcenia kadr dla sektora publicznego. W efekcie państwowi urzędnicy zostaną zmuszeni do audytowania nieprzejrzystych, zagranicznych algorytmów bez odpowiedniego zaplecza intelektualnego. To puste krzesło przy globalnym stole technologicznym nie jest zatem wyrazem naszej neutralności, lecz bezwiedną zgodą na to, by cyfrowy ład nad Wisłą został urządzony bez naszego udziału.
➡️JAK SIĘ PISZE PRAWO ŻEBY WYGRAĆ RYNEK
Zacznijmy od mechanizmu, który w naukach politycznych i ekonomii nosi oficjalną nazwę zawłaszczenia regulatora (ang. regulatory capture). Jest to sytuacja, w której firmy, które miały być kontrolowane przez prawo, zamiast tego zaczynają je kształtować na własną korzyść. Historia zna ten proces doskonale. W XIX wieku w Stanach Zjednoczonych, po tym jak społeczeństwo zażądało kontroli nad monopolem kolejowym (tworzonym przez tzw. Robber Barons), rząd powołał komisje regulacyjne. Właściciele kolei szybko zmienili strategię: zamiast walczyć z nowym prawem, postanowili je napisać, wykorzystując lukę w eksperckiej wiedzy państwa. Ponieważ komisje te nie dysponowały własnymi specjalistami, kluczowe stanowiska obsadzono prawnikami i menedżerami rekrutowanymi bezpośrednio z branży kolejowej. Następnie firmy te lobbowały za wprowadzeniem tysięcy niezwykle skomplikowanych, technicznych przepisów, licencji i kosztownych certyfikatów bezpieczeństwa. Dla wielkich korporacji kolejowych ten koszt był łatwy do poniesienia, ale dla każdego potencjalnego, małego konkurenta stał się ścianą biurokracji nie do przeskoczenia. W ten sposób państwowa regulacja, która miała chronić obywateli przed monopolem, nieświadomie zabetonowała rynek, chroniąc dotychczasowych gigantów.
Dziś to samo dzieje się z AI. Tyle że szybciej i na skalę globalną. Wielkie firmy technologiczne głośno domagają się regulacji. To brzmi odpowiedzialnie, ale przyjrzyjmy się bliżej czego konkretnie chcą. Chcą obowiązkowych audytów bezpieczeństwa, certyfikacji modeli AI i międzynarodowych standardów. Wszystko rozsądnie brzmi dopóki nie zapytamy kto za to zapłaci.
Audyt bezpieczeństwa dla jednego modelu AI kosztuje od 160 do 300 tysięcy euro. Certyfikacja to kolejne kilkadziesiąt tysięcy rocznie. Dla Google czy Microsoft to koszt jednej narady zarządu. Dla projektu oddolnego, stworzonego przez polskich pasjonatów bez korporacyjnego budżetu to koniec projektu.
I tu właśnie wracamy pod Sejm. Bo jeśli doktorant zarabia tyle co kasjer w supermarkecie, to polska nauka nie ma zasobów żeby tworzyć własne odpowiedzi na te regulacje. Nie ma kto pisać polskich standardów. Nie ma kto siedzieć w tych komisjach. Nie ma kto bronić polskiego interesu w Brukseli. Puste krzesło przy stole to nie neutralność, to kapitulacja.
➡️STO DWADZIEŚCIA PIĘĆ MILIONÓW DOLARÓW NA JEDEN CEL
Żeby zrozumieć skalę tego co się dzieje, potrzebujemy kilku liczb.
W pierwszej połowie 2025 roku największe firmy AI wydały łącznie 36 milionów dolarów na lobbing federalny w USA. Tylko w pierwszej połowie roku. Meta zatrudnia dziś jednego lobbystę na każdych sześciu członków Kongresu. Nie po to żeby przekonywać polityków do swoich racji. Po to żeby być w pokoju w którym prawo powstaje zanim ktokolwiek inny w ogóle usłyszy że odbywa się spotkanie.
W 2025 roku powstał komitet polityczny o nazwie “Leading the Future”. Założony przez prezydenta OpenAI i jeden z największych funduszy venture capital w Dolinie Krzemowej. Zebrał 125 milionów dolarów. Jego zadeklarowany cel: wspierać kandydatów przychylnych AI i eliminować tych którzy chcą regulacji. To nie jest typowy lobbing; to coś zupełnie innego, to wpływ na to, kto będzie pisał prawo, a nie tylko jego kształt.
Polska jest w Unii Europejskiej. A Unia właśnie wdraża AI Act, pierwsze na świecie kompleksowe prawo regulujące sztuczną inteligencję. Te same firmy które wydają setki milionów na kształtowanie prawa w USA, równolegle lobbują w Brukseli. Z tymi samymi argumentami. Z tymi samymi pieniędzmi.
Podczas gdy polskie Narodowe Centrum Nauki walczy o każdy milion na badania podstawowe dla tysięcy badaczy, garstka firm AI wydaje na półroczny lobbing w Waszyngtonie kwotę stanowiącą blisko 10% całego rocznego budżetu NCN na granty. To nie jest nierówna walka. To jest walka w której jedna strona jeszcze nie wie że gra. I właśnie dlatego każdy złoty zabrany polskiej nauce, każde laboratorium które nie powstaje, każdy doktorant który odchodzi do korporacji bo nie może utrzymać rodziny za akademicką pensję, to nie jest tylko dramat środowiska naukowego. To jest osłabienie jedynej linii obrony którą mamy.
➡️INWESTYCJA BEZ OSŁONY: GAIA, PLLUM I BIELIK
11 maja 2026 roku, w zabytkowych Sukiennicach w Krakowie, Polska uroczyście zainaugurowała Gaia AI Factory, projekt za 300 milionów złotych, jeden z największych w Europie Środkowo-Wschodniej. Superkomputer, infrastruktura, moce obliczeniowe. Krok, który politycy słusznie nazwali budowaniem cyfrowej suwerenności.
Gaia to potężna maszyna obliczeniowa, czyli infrastruktura, „ciało”. Aby miała sens, potrzebuje własnej polskiej „myśli”: dużych modeli językowych, które myślą po polsku nie tylko gramatycznie, ale i kulturowo oraz prawnie. Polska ma dziś dwa takie kluczowe projekty: PLLuM (Polish Large Language Model), tworzony przez konsorcjum z udziałem PAN i NASK, oraz oddolny Bielik. To one decydują o tym, czy krakowski superkomputer będzie służył polskiej nauce i administracji, czy jedynie stanie się węzłem do trenowania cudzych, zagranicznych algorytmów.
I tu pojawia się problem: unijny AI Act. Prawo to przewiduje zwolnienia (ulgi) dla projektów open source, takich jak Bielik, aby chronić je przed regulacyjnym uściskiem. Jednak to wyłączenie natychmiast przestaje obowiązywać, gdy model jest używany przez administrację publiczną, szpitale czy firmy w obszarach wysokiego ryzyka. A Gaia powstała właśnie po to, by im służyć. W efekcie, polskie projekty automatycznie wpadają w ten sam reżim regulacyjny co Google i Microsoft. W praktyce oznacza to, że polski projekt musi ponieść koszty, na które nie stać polskiej nauki: obowiązkowe audyty bezpieczeństwa, które kosztują 160 - 300 tysięcy euro. Dla PLLuM-a może to oznaczać koniec projektu.
Prawdziwym wrogiem polskiej suwerenności jest jednak czas i paraliż finansowy państwa. Unijny AI Act przewidział mechanizmy obronne: państwo może wziąć na siebie ciężar certyfikacji poprzez Komisję Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji (KRiBSI) i musi stworzyć piaskownice regulacyjne (Regulatory Sandboxes), w których krajowe innowacje bezpłatnie dostosują się do rygorystycznych przepisów. Tyle że państwo jest dziś finansowo niewydolne, by te mechanizmy uruchomić: budżet KRiBSI to zaledwie 31 milionów złotych (mniej niż miesięczny lobbing gigantów), a państwowi specjaliści uciekają do sektora prywatnego, bo zarabiają płacę minimalną. Dlatego postulat 3% PKB jest tak krytyczny. To nie jest tylko walka o godne pensje, lecz o stworzenie narodowego budżetu operacyjnego, zdolnego pokryć koszty unijnej certyfikacji, który umożliwi wdrożenie tych unijnych wentyli bezpieczeństwa i pozwoli polskim modelom legalnie wejść do administracji publicznej i medycyny.
Każdy złoty zabrany naukowcom budującym te modele to krok w kierunku, w którym krakowska Gaia staje się luksusowym terminalem do obsługi cudzej wizji świata.
➡️PUŁAPKA TRZECH WYBORÓW
Warto przyjrzeć się temu, dokąd ci ludzie faktycznie odchodzą i na jakich warunkach. Obraz, który wyłania się z ogłoszeń na LinkedIn (największym na świecie portalu rekrutacyjnym dla profesjonalistów) jest bardzo wymowny.
Firma Crossing Hurdles, globalny operator rekrutacyjny z siedzibą w Gurgaon w Indiach, pozyskuje regularnie polskich specjalistów dla klientów z branży AI w Dolinie Krzemowej. Oferowane stanowisko: AI Output Analysis Specialist. Wymagania: wyższe wykształcenie, biegła polszczyzna, zdolność krytycznego myślenia, umiejętność wykrywania błędów i tendencyjności w odpowiedziach modeli językowych. Praca zdalna, od dziesięciu do czterdziestu godzin tygodniowo. Wynagrodzenie? 11-15 dolarów za godzinę na kontrakcie B2B, stanowiąca przychód, z którego specjalista musi samodzielnie opłacić wszystkie składki (ZUS, podatek), bez urlopu czy emerytury.
Polski naukowiec staje więc przed wyborem między trzema wariantami tej samej pułapki: Może zostać na uczelni za 3570 złotych brutto. Może dorabiać jako specjalista od analizy modeli AI, co przy czterdziestu godzinach tygodniowo to de facto pełny etat, ale pozbawiony jakichkolwiek praw pracowniczych. Może wreszcie odejść do zagranicznej korporacji działającej w Polsce, gdzie zarobi więcej, ale podpisze umowę lojalnościową i będzie pracować nad ściśle określonym wycinkiem cudzego projektu.
I tu pojawia się mechanizm, który jest trudny do zobaczenia, dopóki nie złoży się wszystkich elementów razem. Każdy z tych naukowców, każdy z tych specjalistów pracuje nad swoim małym fragmentem: analizuje odpowiedzi modelu, wykrywa błędy, ocenia jakość językową. Każdy z osobna myśli, że po prostu wykonuje pracę. Ale gdy spojrzeć na całość, okazuje się, że tysiące wykształconych Polaków, swoją wiedzą i czasem, kształtują modele językowe - tylko nie polskie. Polskie bowiem nie mogą udźwignąć kosztów audytu.
➡️CZŁOWIEK PO PIĘĆDZIESIĄTCE I ALGORYTM Z SAN FRANCISCO
Jest jeszcze jeden wymiar tej historii, który dotyka każdego, nie jako obywatela debaty o technologii, ale jako pracownika.
Marc Benioff, założyciel i CEO Salesforce, jest jedną z najgłośniejszych twarzy ruchu na rzecz "bezpiecznego AI”. Salesforce to firma, której oprogramowanie obsługuje działy HR i Customer Service w tysiącach korporacji na całym świecie. Decyduje kto dostaje zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Kto zostaje odfiltrowany zanim jego CV trafi do człowieka. Kto "nie pasuje do profilu."
Ten sam Benioff, który publicznie domaga się regulacji chroniących ludzi przed AI, potwierdził, że zredukował personel obsługi klienta z 9 tysięcy do 5 tysięcy (czyli o 4 tysiące stanowisk) z powodu wdrożenia Agentforce, systemu, który sam stworzył i który teraz sprzedaje innym korporacjom.
Jeśli globalne standardy „bezpiecznego AI” zostaną napisane pod dyktando Salesforce i jemu podobnych, algorytmy decydujące o zatrudnieniu w Polsce staną się czarnymi skrzynkami z importu. Gotowe. Zamknięte.
Choć unijny AI Act teoretycznie daje państwu prawo do audytu, to w rzeczywistości jest papierowym tygrysem, gdyż deleguje kontrolę na same korporacje (tzw. samoocena). Polski regulator, nawet jeśli zechce sprawdzić kod chroniony tajemnicą przedsiębiorstwa firmy z San Francisco, zderzy się z fundamentalnym brakiem kadr, bo polska nauka nie kształci ekspertów dla państwa, lecz dla tychże korporacji. Nawet jeśli polski urzędnik uzyska wgląd w dokumentację, będzie ona dotyczyć modelu wytrenowanego na danych z innego kręgu kulturowego i gospodarczego.
W efekcie ciężar dowodu spadnie na dyskryminowanego pracownika. Czy polski bezrobotny 50+ ma szansę w starciu z armią prawników Salesforce, by przed sądem udowodnić stronniczość algorytmu, którego nikt w Polsce nie potrafi nawet poprawnie odczytać? To nie jest brak prawa, tylko brak realnej siły sprawczej, by to prawo wyegzekwować na cudzym, zamkniętym kodzie.
Walka z ageizmem, o równość na rynku pracy, o godność pracownika zaczyna się dziś nie w sądach pracy ani w komisjach sejmowych. Zaczyna się w decyzji, czy Polska będzie tworzyć własną technologię, czy tylko używać cudzej. Technologia zaś nie rodzi się w garażu miliardera. Rodzi się na uniwersytetach, w laboratoriach, w głowach doktorantów, którzy dziś zarabiają mniej niż minimalna krajowa. Jeśli tych doktorantów nie będzie, nie będzie nikogo, kto napisze algorytm rozumiejący polskie realia, polską kulturę pracy i polskie wartości.
➡️KUPOWANIE MANDATU MORALNEGO: Jak powstaje „bezpieczne AI”
Istnieje wymiar tej historii, który dotyka fundamentów społecznego zaufania i uświadamia, jak delikatna staje się granica między moralnością a interesem.
Centralną rolę w lobbingu moralnym odgrywa Future of Life Institute (FLI), wpływowa prywatna fundacja z siedzibą w Dolinie Krzemowej. Choć w powszechnej opinii instytut ten był kojarzony z Elonem Muskiem (który przekazał mu skromne w tej skali 10 milionów dolarów), jego realna siła polityczna narodziła się w 2021 roku, kiedy twórca Ethereum, Vitalik Buterin, przekazał kryptowaluty o wartości ponad pół miliarda dolarów. Buterin, młody i genialny programista kierujący się tzw. efektywnym altruizmem, wierzył, że finansuje niezależne badania akademickie nad bezpieczeństwem ludzkości. Nie przewidział jednak, że ogromne pieniądze przyciągną zawodowych graczy politycznych. Gdy FLI otrzymało astronomiczną fortunę, z akademickiego think-tanku zrodziła się potężna korporacja polityczna. Pieniądze zamiast wspierać wolną myśl naukową, zaczęły finansować agresywny lobbing i tworzenie skomplikowanych przepisów prawnych. Mechanizm zawłaszczenia regulatora stał się tak jaskrawy, że w marcu 2026 roku sam Buterin publicznie odciął się od działań instytutu, zarzucając mu dążenie do wprowadzenia opresyjnych regulacji. To ostateczny dowód na to, jak przewrotny jest ten mechanizm: potrafi oszukać idealistę, zamieniając jego marzenie o bezpiecznej przyszłości w nudny, biurokratyczny bat, który ma zabetonować rynek dla najsilniejszych.
FLI realizuje ten mechanizm m.in. poprzez uruchomienie programu grantowego, którego celem jest zaangażowanie przywódców religijnych w globalną debatę o sztucznej inteligencji. Zastanawiające jest, dlaczego instytucja aspirująca do roli globalnego sumienia ludzkości nie prowadzi tej debaty w ramach uznanych struktur międzynarodowych, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, lecz realizuje ją za pomocą prywatnego kapitału.
Nie chodzi tu o teologię, lecz o zasięg i moralny mandat. Kościoły i inne wspólnoty docierają do milionów wyborców, do których nie trafi żaden portal technologiczny. Dla wielu ludzi głos duchownego jest głosem ostatecznym, szczególnie w kwestii etyki i wartości.
Ta strategia nie kończy się jednak na poziomie parafii. Jej kulminacją jest rzymski plac świętego Piotra, gdzie giganci tacy jak Microsoft i IBM podpisują z Watykanem „Rome Call for AI Ethics”. Korporacje zyskują nimb obrońców godności ludzkiej, a Kościoły poczucie wpływu na najważniejszą technologię naszych czasów. Etyka przestaje być polem krytycznego namysłu nauki, a staje się narzędziem systemu, w którym dobro i zło definiuje się przy stoliku, przy którym siedzą miliarderzy i hierarchowie, lecz brakuje niezależnych badaczy i demokratycznej kontroli.
Mechanizm jest subtelny: proboszcz w Polsce, w dobrej wierze, przekazuje parafianom narrację, że lokalny projekt oddolny, niekorporacyjny, jest ryzykowny, bo nie ma „certyfikatu bezpieczeństwa”. W ten sposób, z pomocą moralnego autorytetu, narzucony zostaje system, który faworyzuje technologicznych gigantów (stać ich na audyty i certyfikację) kosztem małych, suwerennych inicjatyw takich jak Bielik.
I to właśnie ci parafianie są wyborcami. Głosują na polityków, którzy zdecydują o tym, ile pieniędzy trafi na polską naukę. I na Bielika. I na to, czy Polska wejdzie w erę AI z własnym głosem czy bez.
➡️AI BEZ POLSKICH WARTOŚCI NIE JEST NEUTRALNA, JEST CUDZA
Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba powiedzieć wprost.
Sztuczna inteligencja nie jest neutralna. Każdy model językowy jest kształtowany przez wartości tych którzy go stworzyli. Przez ich język, historię i rozumienie tego co normalne, właściwe i ważne.
ChatGPT rozumie świat przez pryzmat anglosaskiej kultury, a Gemini przez pryzmat Google. Żaden z nich nie ma zapisanego w kodzie co to znaczy być Polakiem. Nie zna ciężaru rozbiorów. Nie rozumie dlaczego suwerenność dla Polaka to nie abstrakcja, lecz pamięć zapisana w genach pokoleń, które walczyły żeby ten kraj w ogóle istniał.
Bielik to rozumie, bo powstał tu. Bo tworzyli go ludzie którzy myślą po polsku, nie tylko językowo ale kulturowo. Którzy wiedzą czym jest polskie prawo, polska tradycja, polska wrażliwość społeczna.
Jeśli Polska nie będzie tworzyć własnej technologii, nie będzie miała narzędzia które myśli po polsku. Będzie używać narzędzi które myślą za nią, w cudzym języku narzuconych ideologii, z założeniami, które być może nie są dla nas korzystne. Z obcymi wartościami zapisanymi w kodzie, którego nikt jej nie pokaże i którego nie będzie mogła zmienić.
To nie jest kwestia techniczna. To jest pytanie o prawo Polski do kształtowania własnego społeczeństwa po swojemu, nie globalnie i nie dla kogoś. Dla siebie.
➡️POWRÓT POD SEJM
Wróćmy więc pod Sejm. 27 maja.
Naukowcy którzy tam staną walczą o finansowanie badań. O godne warunki pracy. O to żeby polska nauka mogła istnieć. Mają rację w każdym słowie i każdy kto rozumie wagę tego momentu powinien ich wesprzeć.
Pod Sejmem zawalczą o przetrwanie swojego środowiska.
Ale stawką jest coś więcej. Stawką jest prawo Polski do własnego głosu w sprawie technologii która w ciągu najbliższej dekady zmieni wszystko: rynek pracy, edukację, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości i bezpieczeństwo państwa.
Kto kontroluje narrację o tym, czym jest "bezpieczne AI", ten kontroluje rynek, w następstwie kontroluje gospodarkę, a kto kontroluje gospodarkę, ten ma wpływ na politykę. To jest mechanizm, który przerabialiśmy już wielokrotnie. Tylko w innej epoce i w innym języku.
Bielik może zniknąć. Nie przez zakaz lecz przez regulację na którą nas nie stać. Przez standard który ktoś napisze za nas. Przez narrację którą ktoś zaszyje w materiałach edukacyjnych dla proboszczów zanim w Polsce ktokolwiek zda sobie sprawę że ta gra w ogóle się toczy.
Dlatego 3% PKB na naukę to nie jest postulat środowiskowy. To jest kwestia bezpieczeństwa państwa. To jest pytanie o to czy Polska wejdzie w erę AI jako podmiot czy jako konsument cudzej wizji świata.
ℹ️
Marta Jamróz-Jasiński
Założycielka Ruchu Obywatelskiego PION. Magister sztuki (Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie), absolwentka Uniwersytetu Pedagogicznego oraz Studium Administracji Państwowej. Niezależna eseistka społeczna pisząca o wpływie technologii, ekonomii i polityki na życie zwykłych obywateli ze szczególnym uwzględnieniem godności pracy, suwerenności technologicznej i społecznych skutków rozwoju AI.