15/03/2026
Paragon grozy... Rzeczywistość rodzin dzieci z niepełnosprawnościami... I nasza rzeczywistość....
Paragon grozy? Kto go nie zna?
Ale pewna wyróżniona grupa rodziców zna je aż nadto. I choć nie dotyczą one masła, paliwa czy kredytu, są równie mocno osadzone w codzienności. To paragony za niepełnosprawność.
Masz zdrowe dziecko i chcesz, żeby się rozwijało. Angielski, basen, robotyka, taniec. Płacisz miesięcznie 300–400 zł i masz miłe poczucie, że robisz coś ekstra dla swojego juniora. Inwestujesz, rozwijasz jego talenty i potencjał. A to bywa i kojące - wiem z własnego doświadczenia.
A teraz za tą samą kwotę próbujesz zabezpieczyć dziecko z niepełnosprawnością.
Te 300–400 zł, za które masz cały miesiąc czegoś, tu starcza jedynie na 1,5 godziny rehabilitacji. Bo godzina takowej kosztuje ok. 250 zł.
A że dziecko z niepełnosprawnością taką jak mój Staś oprócz tego co w szkole, potrzebuje minimum trzech takich rehabilitacji tygodniowo, to rachunek szybko pączkuje. A to i tak absolutne minimum, żeby zwyczajnie jego zdrowie nie siadło, albo nie było gorzej.
Rehabilitacja za 3 tys. miesięcznie ratuje przykurcze, rozciąga mięśnie, odwleka skrzywienie kręgosłupa i bioder. I daje szansę chodzić, siedzieć przez najbliższe lata.
Więc stawka wysoka. Z tych najwyższych. I niestety nie do usunięcia z rozpiski wydatków.
Druga pozycja na rachunku: ortezy.
Najrzadziej raz w roku, a zazwyczaj częściej - bo dziecko rośnie i jego ciało się zmienia.
Koszt? Minimum 7,5 tys. zł za komplet.
NFZ dorzuca jakieś 3 tys. Resztę dopłacasz sam. Co roku. Albo częściej. Bez dyskusji.
Turnusy rehabilitacyjne - mój ulubiony temat
Kiedy pojechaliśmy ze Staśkiem na pierwszy, był to najdroższy wyjazd w naszym życiu. Droższy niż jakiekolwiek wakacje.
Cena? Minimum 10 tys. zł.
I to nie jest all inclusive dla przyjemności. Tylko kolejne must have bez gwarancji pogody i wypoczynku.
Ale to co najpiękniejsze to hit absurdu tego tematu, czyli sezonowość.
Turnusy są najdroższe latem, najtańsze w miesiącach takich, jak: listopad, styczeń i luty. Widocznie niepełnosprawność ma high season i low season. I widocznie może sobie grzecznie przeczekać do listopada, gdy ceny spadną.
Wózek.
Media kochają nagłówki w stylu celebryci kupili wózek za 12 koła.
Dobrze się klikają, budzą ożywienie, oburzenie i komentarze.
Jednak o tym, że rodzic dziecka z niepełnosprawnością często musi kupić wózek specjalistyczny za minimum 15 tys. zł, a często i za 30 tys. zł już nikt nie pisze.
A byłoby co klikać - bo to nie jeden pojazd na całe dzieciństwo, a kilka na różne etapy życia. Bo dziecko rośnie, a sprzęt musi rosnąć razem z nim.
Jasne, tu państwo też dorzuca - tylko te 3 tys. to wciąż za mało.
Buty.
Zdrowe dziecko? Trampki albo te zdrowsze renomowanych marek to jakieś 250 zł.
Dziecko z niepełnosprawnością:
sandały ortopedyczne - min. 400 zł,
buty do ortez - min. 750 zł.
I to nie są żadne fanaberie tylko smutny warunek chodzenia.
Dochodzą jeszcze inne sprzęty, jak choćby pionizator za ponad 10 tys. zł czy podnośnik za kilkadziesiąt tysięcy. Dochodzi skomplikowane leczenie i operacje, w tym ortopedyczne - w huk drogie. I leki. Głowę urywa.
A teraz prosty eksperyment myślowy.
Wyobraźmy sobie 5-6 tys. zł miesięcznie inwestowane w zdrowe dziecko.
Ile zajęć? Ile rozwoju? Ile możliwości?
A teraz te same 5 tys. zł przeznaczone na dziecko z niepełnosprawnością.
Co daje?
Nie sukces. A czasem nawet nie poprawę.
Bywa, że gwarantuje utrzymanie względnego zdrowia. Albo zwyczajnie niedopuszczenie do pogorszenia.
A do tego te inwestycje nie mają terminu ważności. Są bezterminowe, na zawsze. To tylko podbija skalę hardcoru.
Dlaczego więc paragon grozy za rybę w Kołobrzegu albo kawy na Krupówkach oburza pół Polski, a paragony grozy za leczenie dziecka z niepełnosprawnością nie istnieją w zbiorowej wyobraźni?
Może ryba nad morzem jest nam bliższa?
Każdy był, każdy może być ofiarą, każdy myśli: mnie też mogłaby taka ryba spotkać.
Paragony za niepełnosprawność są inne - uruchamiają bardziej lęk, bezradność i wyparcie.
Bo żeby się nimi naprawdę oburzyć, trzeba by przyjąć do wiadomości, że to może spotkać każdego. A one niestety nie wydają się tak pospolite jak nadmorski zestaw: dorsz z pieca z frytkami i surówką.
Dlatego łatwiej ujawnić paragon za dorsza niż spojrzeć w paragon za rehabilitację dziecka. Bo łatwiej jest nam wierzyć, że to drugie nas ominie albo nas nie dotyczy.