07/06/2026
🚒❤️ Chciałabym napisać kilka słów o ludziach, na których przez lata działalności jeszcze nigdy się nie zawiodłam.
Historia zaczęła się wczoraj rano, kiedy otrzymałam informację o rodzinie kaczek, która wykluła się na balkonie. Takie sytuacje zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać. Kiedy młode się wyklują, często konieczna jest pomoc człowieka, żeby bezpiecznie przenieść rodzinę nad wodę. Z informacji, które do mnie dotarły, wynikało, że kaczka wraz z młodymi została przewieziona nad staw. Pojawiła się też informacja, że biologiczna matka nie interesuje się maluchami, ale w pobliżu pojawiła się inna samica, która zaczęła z nimi pływać. Wszystko wskazywało więc na to, że historia zakończy się szczęśliwie.
Kilka godzin później zadzwoniła do mnie znajoma i wtedy okazało się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Jedno kaczątko już nie żyło, a pozostałe zostały bez opieki i były atakowane nie tylko przez dorosłe kaczki, ale również przez starsze młode z innych lęgów. Nie ukrywam, że byłam już wtedy po całym dniu biegania i naprawdę miałam właśnie chwilę odpocząć. Nie wyszło. Złapałam podbierak, pojemnik dla maluchów i ruszyłam do parku.
Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że moja znajoma, jej mąż oraz ich dzieci wykonali już kawał fantastycznej roboty. Udało im się odłowić cztery kaczątka i zabezpieczyć je, zanim sytuacja zrobiła się jeszcze gorsza. Na stawie zostały jednak dwa maluchy, które za nic nie chciały współpracować. Próbowaliśmy wszystkiego. Było zwabianie jedzeniem, były odgłosy kaczek puszczane z telefonu, było siedzenie na brzegu, leżenie na trawie i kombinowanie, jak dostać się do małych spryciarzy. Przez chwilę wydawało się nawet, że dźwięki działają, ale maluchy szybko zmieniły zdanie i odpłynęły dalej, ostatecznie chowając się pomiędzy liliami wodnymi. W pewnym momencie zdjęłam nawet buty i skarpetki. Byłam gotowa wejść do wody i spróbować odłowić je ręcznie, ale zanim zdążyłam zrobić krok, odpłynęły jeszcze dalej.
Widząc, że sami nie damy rady, zadzwoniłam pod 112. Najpierw zostałam skierowana do Straży Miejskiej, jednak szybko okazało się, że w weekend nie prowadzi ona działań. Zadzwoniłam więc ponownie. Tym razem zostałam połączona dalej i po chwili rozmawiałam już ze Strażą Pożarną. Po krótkiej rozmowie usłyszałam, że zostanie wysłany zastęp. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Jeszcze chwilę wcześniej na stawie były dwa kaczątka, a nagle znikąd pojawiło się trzecie. Tak więc zanim pomoc dotarła na miejsce, liczba małych uciekinierów wzrosła z dwóch do trzech.
Po pewnym czasie przyjechało pięciu strażaków. Panowie od początku potraktowali sprawę bardzo poważnie. Obejrzeli staw, ocenili sytuację i zaczęli zastanawiać się, jak najlepiej przeprowadzić akcję. W pewnym momencie jeden ze strażaków powiedział, że może warto byłoby skontaktować się z jakąś organizacją zajmującą się zwierzętami. Spojrzałam na niego i odpowiedziałam, że ja właśnie jestem z organizacji zajmującej się zwierzętami. Po minie pana od razu było widać, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał. 😅
Po chwili rozpoczęło się organizowanie dodatkowego sprzętu i na miejsce dojechał jeszcze szósty strażak wraz z wyposażeniem potrzebnym do przeprowadzenia akcji.
Panowie zaczęli przygotowywać się do wejścia do wody. Pierwszy strażak wszedł zabezpieczony liną i uzbrojony między innymi w nasz podbierak. Próbował podpłynąć do maluchów, ale te natychmiast postanowiły sprawdzić jego refleks. Po chwili do akcji dołączył drugi strażak i dopiero wtedy zaczęło być naprawdę ciekawie. Panowie cierpliwie zaganiali kaczątka, odcinali im kolejne drogi ucieczki i próbowali przechytrzyć trzy małe spryciary, które najwyraźniej były przekonane, że biorą udział w zawodach olimpijskich w uciekaniu przed ludźmi. Szczerze mówiąc, w pewnym momencie siedziałam już tylko na brzegu i obserwowałam całą akcję.
Najpierw udało się odłowić dwa kaczątka, a potem została już tylko jedna mała zawodniczka. Najmniejsza z całej siódemki, ale jednocześnie zdecydowanie najszybsza i najbardziej uparta. Przez dłuższą chwilę skutecznie wymykała się zarówno strażakom, jak i podbierakowi, ale ostatecznie i ona została bezpiecznie złapana. Otrzymała imię Speedy Gonzalez i uwierzcie mi – zasłużyła na nie w stu procentach.
Dzisiaj wszystkie kaczuszki są już bezpieczne. I właśnie dlatego chciałam napisać ten post. Nie tylko ze względu na wczorajszą akcję, ale dlatego, że nie był to pierwszy raz, kiedy Straż Pożarna pomagała nam ratować zwierzęta.
Przez lata pomagali przy ptakach zaplątanych w żyłki i sznurki, przy zwierzętach, do których nie dało się bezpiecznie dotrzeć, przy bocianach, które wypadły z gniazd.
W zeszłym roku pomagali również ratować młode z lęgów, kiedy zalepione zostały otwory prowadzące do gniazd. To właśnie strażacy rozkuwali beton, dzięki czemu rodzice mogli wrócić do swoich młodych i je nakarmić.
I właśnie dlatego od lat powtarzam jedno. Jeśli jest jedna służba, na której jeszcze nigdy się nie zawiodłam, to jest nią Straż Pożarna. Nigdy nie usłyszałam od nich, że to tylko ptak. Nigdy nie usłyszałam, że nie warto albo że się nie da. Za każdym razem spotykałam ludzi, którzy chcieli pomóc, szukali rozwiązania i wkładali w swoją pracę serce.
Panowie, dziękuję za wczorajszą akcję. Dziękuję za kaczuszki, za jerzyki, za bociany, za gołębie i za wszystkie zwierzęta, którym pomagaliście przez te lata. Mamy ogromne szczęście, że w Gorzowie i okolicach służą właśnie tacy strażacy i mam nadzieję, że wiecie, jak bardzo jesteśmy za to wdzięczni. ❤️🚒🦆
Teraz zostało odchować maluchy. Jeśli chcecie wspomóc działania z ptaszkami, to zachęcamy do wsparcia nas na zbiórce:
https://zrzutka.pl/ymszj4