18/10/2026
Trochę dziś mocniejszy tekst. Nie każda droga, która prowadzi do czynienia dobra, musi być drogą, którą wyznaczyli nam inni.
Dzisiaj w Kościele katolickim obchodzimy Niedzielę Misyjną. I chociaż od dobrych sześciu lat nie jestem już formalnie misjonarzem świeckim, ten dzień wciąż pozostaje dla mnie szczególny.
Sześć lat temu podjąłem decyzję, której konsekwencje odczuwam do dzisiaj. Decyzję trudną, dla wielu niezrozumiałą, a dla niektórych być może nawet niewybaczalną. Przez te wszystkie lata mierzyłem się z niezrozumieniem, niesprawiedliwymi ocenami i nieprawdą, która w niektórych środowiskach funkcjonuje do dziś. Nie wszyscy chcieli poznać moje motywacje. Nie wszyscy chcieli zrozumieć, dlaczego zdecydowałem się pójść własną drogą.
Ale dzisiaj, po sześciu latach, wiem jedno. Gdybym wtedy nie podjął tej decyzji, prawdopodobnie nie powstałoby miejsce, które dzisiaj każdego roku pomaga tysiącom ludzi.
Nie powstałby nasz szpital na Madagaskarze.
Szpital, który nie potrzebuje wielkich billboardów, wzniosłych haseł ani spektakularnych deklaracji, żeby udowadniać sens swojego istnienia. Szpital, którego wartość nie wynika z wielkości budynku, lecz z tego, co dzieje się w jego murach. Miejsce, w którym człowiek ubogi nie zostaje odprawiony tylko dlatego, że nie ma pieniędzy na leczenie. I miejsce, w którym człowiek dysponujący środkami finansowymi może otrzymać opiekę medyczną na dobrym poziomie, wiedząc jednocześnie, że jego obecność pomaga utrzymać system dostępny również dla najuboższych.
Od początku zależało mi na stworzeniu czegoś trwałego, rozsądnego i odpowiadającego na rzeczywiste potrzeby lokalnej społeczności. Nie pomnika czyjejś dobroczynności. Nie przedsięwzięcia, które dobrze wygląda na zdjęciach. Ale instytucji, która będzie funkcjonować także wtedy, kiedy znikną emocje, skończą się zbiórki i wyjadą zagraniczni wolontariusze.
Im więcej czytam, uczę się i obserwuję, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że obraliśmy właściwy kierunek. Lektura takich książek jak „Brzemię białego człowieka”, kolejne publikacje naukowe dotyczące skuteczności pomocy rozwojowej, a przede wszystkim codzienne doświadczenia na Madagaskarze pokazują mi, jak łatwo pomylić dobre intencje z rzeczywistym dobrem drugiego człowieka.
Bo przecież nie chodzi o to, żeby pomagać w sposób, który daje nam poczucie bycia dobrymi ludźmi. Chodzi o to, żeby nasza pomoc rzeczywiście zmieniała coś w życiu tych, którym chcemy pomóc.
Ostatnio wiele czasu poświęcam również lekturze ponadstuletnich zapisków błogosławionego ojca Jana Beyzyma. Człowieka, którego wybraliśmy na patrona naszego szpitala. Im więcej czytam o jego życiu, tym wyraźniej dostrzegam, że wielkie przedsięwzięcia bardzo rzadko rodzą się w atmosferze powszechnego zrozumienia i aprobaty.
Ojciec Beyzym również doświadczał sprzeciwu, niezrozumienia i trudności ze strony ludzi, od których mógł oczekiwać wsparcia. Jego pragnienie stworzenia godnych warunków życia i leczenia dla osób chorych na trąd nie zawsze spotykało się z życzliwością. A jednak nie zrezygnował. Pozostał wierny temu, co uważał za słuszne.
Nie zamierzam porównywać własnej historii z jego życiem. Byłoby to nieuprawnione. Ale jego postawa przypomina mi coś niezwykle ważnego: sprzeciw innych ludzi nie zawsze oznacza, że obraliśmy niewłaściwą drogę. Czasami oznacza jedynie, że zdecydowaliśmy się pójść drogą, której inni jeszcze nie rozumieją.
Dawno nie dzieliłem się żadnym świadectwem z okazji Niedzieli Misyjnej. Dzisiaj chciałbym jednak powiedzieć coś wszystkim, którzy stoją przed trudnymi decyzjami, mierzą się z niezrozumieniem albo zastanawiają się, czy warto pozostać wiernym własnym przekonaniom.
Nie każda decyzja, która na początku wydaje się porażką, rzeczywiście nią jest. Nie każde odejście oznacza rezygnację. I nie każda droga, która różni się od oczekiwań innych ludzi, prowadzi donikąd.
Czasami dopiero po wielu latach dostrzegamy, że właśnie ten najtrudniejszy wybór pozwolił nam zrobić coś naprawdę dobrego.
Dzisiaj, w Niedzielę Misyjną, chciałbym również zwrócić się do Was z bardzo konkretną prośbą.
Pomóżcie nam dokończyć budowę naszej szkoły na Madagaskarze.
Kiedy wspominam budowę szpitala, mam poczucie, że było to przedsięwzięcie niemal spektakularne. Udało się stworzyć od podstaw placówkę medyczną, która dzisiaj funkcjonuje i służy lokalnej społeczności. Tymczasem budowa szkoły, choć pozornie znacznie mniej skomplikowana, okazuje się dla mnie wyzwaniem jeszcze trudniejszym, szczególnie pod względem organizacyjnym.
A przecież jej znaczenie jest równie wielkie.
Bo jeśli szpital daje człowiekowi szansę na odzyskanie zdrowia, to szkoła daje dziecku szansę na przyszłość, w której być może nie będzie już potrzebowało naszej pomocy.
I właśnie na tym najbardziej mi zależy.
Nie chcę, żeby nasza działalność polegała na nieustannym pomaganiu tym samym ludziom przez kolejne pokolenia. Chciałbym, żeby pewnego dnia nasze wsparcie przestało być potrzebne. Żeby dzieci, którym dzisiaj pomagamy zdobyć wykształcenie, mogły samodzielnie decydować o swoim życiu i przyszłości własnej społeczności.
Dlatego proszę Was dzisiaj o wsparcie. Każde, nawet najmniejsze. Jeżeli bliskie jest Wam to, co przez ostatnie lata wspólnie budowaliśmy, pomóżcie nam zrobić kolejny krok.
Bo być może największym sukcesem dobrze rozumianej pomocy jest moment, w którym ludzie przestają jej potrzebować.
I tego właśnie życzę nam wszystkim w tę Niedzielę Misyjną.