26/04/2026
Muszę, bo się uduszę.
Mam ogrom myśli wokół ogólnopolskiej akcji zbierania środków na leczenie dzieci z nowotworami. Od wzruszenia (Majeczka wymiata), po niezgodę.
Bo jeżeli pomaganie przez przeklikanie jakiejś kwoty ma podbić w nas poczucie zaje****ości, solidarności, by zaraz potem zwyzywać kogoś w necie (anonimowo lub nie), dokuczyć sąsiadowi albo puścić okropną dezinformację dalej- to ja mam wrażenie, że używamy dramatu dzieci i traktujemy je przedmiotowo dla poprawy własnego samopoczucia.
Jaka to sprzeczność- potrafimy w pomaganie, równolegle niszcząc innych.
Jakie jest kryterium doboru osób, którym klikamy hajsy lub podrzucamy wymioty?
I wreszcie pytanie (na które nie znam odpowiedzi, bo znamy/ znacie ją tylko my/Wy) - czy naprawdę chodzi o pomaganie, czy o tą satysfakcję z bycia „zajefajnym”?
I ku jasności, super, że się dzieje!!!
Ale ja bym chyba wolała bez tych romantycznych zrywów, w zwykłą codzienną, szarą dobroć, uprzejmość, szacunek. Plus życie w działającym państwie, w którym wszyscy płacimy sprawiedliwe podatki, bez wymigiwania się z tego obowiązku.
Kupujemy bilety w komunikacji miejskiej.
Dbamy o dobro wspólne, mikro-społeczności. Płacimy za wyrzucenie naszych śmieci, a nie wywalamy je za płot. Najlepiej sąsiada.
NFZ stać na leczenie WSZYSTKICH chorych, a ludzie (nie tylko posłowie) nie giną na drogach, bo są ścieżki rowerowe.
Społecznie pilnujemy, by nie było pijanych kierowców. A nawet potępiamy niepłacenie alimentów.
Dobra codzienność ponad jednorazowe uniesienie.